
Leżę na ziemi i zwijam się z bólu. Z oddali dochodzą do mnie głosy obu drużyn. Kłócą się. Moi walczą za mnie. Ja widzę tylko niebo nade mną, bociany uciekające do ciepłych krajów i słońce, które nie grzeje już jak dawniej.
- Żyjesz? - pyta sędzia.
- Panie sędzio, to jest karny.
- Przed polem! - przekonuje.
- Karny jak nic!
Kręci głową. Nie ma sensu się kłócić. Ostatnio było podobnie. Nie nadążył za akcją, był kilkanaście metrów dalej, ale i tak gwizdnął.
Stary cep! Co on z takiej odległości może zobaczyć?
Otrzepuję się z pyłu. Kolano mam zdarte, ale krew nie leci, jakby nie mogła się zdecydować. Wielki strup i tak będzie, a ja zerwę go w szkole pod ławką i dopiero wtedy zacznie cieknąć. Ciurkiem po nodze. Do buta. Zabarwi skarpetkę.
Biorę piłkę. Ustawiam tuż przed linią pola karnego. Sędzia oddala mur, kłócąc się z nimi. W końcu poddaje się i odwraca do nich plecami.
A oni wtedy robią jeden duży krok w moją stronę.
- Panie sędzio! - krzyczę. - Za blisko! Przesunęli się.
- Ostatnie ostrzeżenie - wrzeszczy.
To byłaby czerwona. Odpuszczam.
Patrzę na bramkarza. Zerkam, jak ustawieni są koledzy z drużyny. Nijak. Poprawiam piłkę. Odmierzam trzy kroki do tyłu. Tak robię na treningach. Ale wtedy nie ma murku. Nie ma kibiców.
Nie ma ojca obecnego na trybunach. Z tą jego wiecznie niezadowoloną miną, jakby przyjście tutaj było dla niego najgorszą z kar.
Sędzia gwiżdże i stoi niecierpliwie. Bramkarz ustawia murek i wydaje się gotowy.
Przegrywamy 1:0. Jest prawie koniec meczu.
Biorę wdech i powoli wypuszczam powietrze. Ruszam.
Trafiam prosto w mur.
Podbiegam do starucha z gwizdkiem.
Macham mu rękoma przed nosem.
Może teraz widzi dobrze.
- Kurde! Mówiłem, że za blisko. Powtórz go! Powtórz go!
Wyciąga kartkę. Nie daje żółtej. Od razu czerwoną. Jestem wściekły. Zaciskam pięści. Chłopaki mnie odciągają. Słyszę gwizdy z trybun. To rodzice przeciwników. Tak mi się wydaje, ale może nie tylko. Trener nie podchodzi, wygania do szatni. Zerkam obok, tam, gdzie wcześniej stał ojciec. Nie ma go już.
Widzę, jak idzie wzdłuż boiska.
W kierunku wyjścia.
Widzę, jak czmycha.
Ludzie z trybun patrzą na mnie jak na przestępcę. Śmieją się w twarz. Buczą. Mijam ich i ruszam w kierunku szatni.
Ojca już nie widać.
Siadam na ławce i wyciągam telefon.
WSTYD MI ZA CIEBIE, napisał.
Telefonem rzucam w ścianę. Nawet się nie rozleciał. Śmieje mi się w twarz.
Dlaczego zawsze mnie to spotyka? Dlaczego nie umiem zagrać jednego dobrego meczu? Dlaczego nie mogę zagrać jak na treningu?
Słyszę gwizdek kończący mecz. Po chwili do szatni wchodzi drużyna.
Wszyscy powtarzają to samo. Mówią, że taki stary sędzia to się nie nadaje. Przecież on ledwie biega. I nie widzi. I chyba, kurde, nie zna zasad.
Wchodzi trener i każe się uspokoić. Wszyscy siadają.
On dziękuje za grę. Mówi, że zabrakło szczęścia.
- Takie zachowanie to wstyd! - mówi, patrząc na mnie.
- Trenerze, ale to powinien być karny! - ktoś rzuca.
- Ale gra to nie wszystko! Trzeba jeszcze umieć się zachować!
- Ale dla mnie gra to całe życie jest! - mówię i zaczynam płakać.
***
Znowu gram. Tym razem na treningu. A tu… tu wszystko mi wychodzi. Tu wszystko umiem. Czuję ten luz, mam ten flow. Strzeliłem już pięć bramek. Miałem dwie asysty. To jest trening. Tu jestem jak u siebie.
Podaję lewą. Strzelam prawą. Kiwam trzech. Znowu mówią, że za dużo. Ale ja nie umiem inaczej. Nie chcę oddać piłki, bo to jest trening, tutaj ona mnie słucha, a ja robię z nią, co chcę.
Woła mnie trener. Biegnę do niego. Nie chcę tracić czasu. Każda chwila na treningu bez piłki to chwila stracona.
- Czy ty nie możesz tak grać na meczu?
Wzruszam ramionami.
Myślę, że jest durniem.
W ogóle mi nie pomaga.
Niech nie przeszkadza.
Wystarczy, że jest obecny.
Po treningu znowu pytają, dlaczego na meczu taki nie jestem.
Znowu to mówią i znowu mają rację.
Ale ja jestem cierpliwy. Wiem, że kiedyś to się zmieni, że wyjdę na boisko i nie będę czuł tego…
tego spięcia w ciele.
Idę szybko do domu. Rzucam torbę, przebieram się, biorę piłkę pod pachę i worek z bidonem w środku. Mówię mamie, że wychodzę i biegnę na boisko. Tam już grają inni. Starsi.
Z nimi też sobie radzę. Ale z nimi jest inaczej. Im się nie podoba, że taki szczeniak jak ja ich kiwa. Więc z nimi jest ostrzej.
Oni ładują po nogach.
Oni dają łokcie pod żebra.
Oni się nie patyczkują.
- Nie marudź! Graj jak facet - mówią.
Ale ja nie marudzę. Ja gram. Nie wiem, czemu to mówią. To oni między sobą się kłócą, warczą na siebie jak zwierzęta, że był faul, że nie było bramki, że nie ma rzutu rożnego. Ale ze mną jest inaczej. Ja mam nie marudzić. Mam grać.
Jest już późno. Nie wziąłem telefonu. Ale wiem, że tak jest. Specjalnie nie wziąłem.
Wychodzę z boiska na chodnik. Do domu mam 300 metrów. Zarzucam worek na ramię. Piłkę puszczam pod nogi.
Wchodzę do góry, odbijając piłkę o schody. Otwieram drzwi, a w przedpokoju stoi mama.
- Gdzie ty byłeś? Która jest godzina?
- Kurde, mamo, przecież na boisku, jak zawsze, trenowałem, wiesz przecież.
- Czemu nie wziąłeś telefonu? Mogłeś wziąć!
- Zapomniałem.
***
Jestem starszy. Mam włosy pod pachami i na klacie. Co kilka dni muszę golić twarz. A nie chce mi się, nie mam czasu.
Zbliża się mój moment.
Idę na trening w seniorach. Mam 16 lat. Jestem ich najmłodszym zawodnikiem. Traktują mnie jak tamci na boisku szkolnym i jeszcze w dodatku… rozczochrują mi włosy.
Przechodzę przez bramę. Nikogo jeszcze nie ma z wyjątkiem jednego z trenerów.
Wchodzę do szatni, przebieram się, biorę piłkę i idę na boisko.
Widzę kątem oka podjeżdżające samochody. Wychodzą piłkarze.
Patrzą na mnie i się śmieją.
Mija pół godziny, zanim wychodzą wszyscy, a ja już jestem mocno spocony.
- Cześć, młody! Ty do szkoły nie chodzisz? - mówi któryś z nich.
Uśmiecham się. Co mam powiedzieć durniowi?
Znowu mnie kopią.
Znowu mnie szturchają.
Jakby mnie nie lubili.
Jakbym im coś zrobił.
Po treningu stajemy przed trenerem. W sobotę jest mecz u siebie. Na tym boisku. Mój pierwszy w drużynie seniorów. Jestem podekscytowany, ale już nie przerażony.
Mówiłem, że to minie.
Mówiłem, że muszę być cierpliwy.
Trener mówi kilka rzeczy, które mnie nie obchodzą. Ja chcę tylko grać.
Wpuśćcie mnie na boisko i dajcie piłkę!
Reszta nie ma znaczenia.
Wszyscy odchodzą.
Ja zostaję.
- A ty co? - pyta mnie jeden z zawodników, chyba kapitan.
- Ja zostanę jeszcze na treningu juniorów. Nie mam dość.
- Kurde, młody, słuchaj, niektórym nie podoba się, że jesteś taki hej do przodu. Przystopuj trochę.
Kiwam głową.
Z durniem nie ma co rozmawiać.
Wystarczy, że jest obecny.
Niech nie przeszkadza.
Macha ręką i idzie.
A ja zostaję. I dobrze. Bo świetnie się bawię. Gramy całą godzinę, cały trening.
Po nim też zostaję, bo podobno na zmęczonych nogach najlepiej trenować technikę.
A ja mam zmęczone jak cholera.
Gdy kończę, ruszam do szatni, zrzucam ciężkie od potu ubranie i wskakuję pod prysznic.
W sobotę zagram.
Pierwszy raz z dorosłymi facetami na oficjalnym meczu.
Ale nie to jest najważniejsze.
Tylko to, że ja już nie czuję tego ciężaru.
Dreszczyk emocji na chwilę jeszcze się pojawia. Ale to tyle, to wszystko.
Już nie pamiętam czasów, gdy nie mogłem spać przed meczem, miałem mętlik w głowie, drżące nogi i ręce. Gdy denerwowałem się jak przed wyjściem na środek auli.
Wchodzę do domu. Rozbieram się w przedpokoju, zostawiam tam torbę i idę do swojego pokoju. Nikogo nie mijam.
Jest cisza, jakby ktoś umarł.
Otwieram drzwi, a tam matka siedzi w moim fotelu, w rękach trzyma kartkę. Ojciec stoi obok niej i przegląda moje zeszyty. Z twarzą filozofa, jakby rozumiał wszystko lepiej od innych.
- Co to jest? - słyszę.
Zapomniałem o zebraniu. Szkoda, że oni nie. Wzruszam ramionami. Stoję twardo. Nie pierwszy raz ojciec przegląda moje zeszyty. Nie pierwszy raz rozrzuca je po podłodze.
- No co to jest? Same trójki, jakaś dwója. Po cholerę ci te zeszyty? Po cholerę ci te książki?
- To nieważne - mówię ja.
Ojciec zastyga. Ręce mu się trzęsą. Ma ochotę mnie zdzielić, ale nie, on nie z tych. On jest dobry. On nie bije swojego dziecka. Matka patrzy na niego i nie wie, czy nie zmienił zdania. Ja też nie wiem.
- Masz karę - mówi w końcu i wychodzi.
Matka idzie za nim.
Sprzątam zeszyty i wrzucam niechlujnie do szafki.
Nic nie zepsuje mi tego, na co tak ciężko pracowałem przez ostatnie lata.
Idę do łazienki.
Po drodze zabieram torbę.
Jej zawartość wrzucam do pralki.
Zostawiam korki, czyszczę je i pastuję.
Wychodzę z łazienki i zanoszę buty na balkon.
Wracam.
Ojciec rozmawia przez telefon.
Patrzy na mnie.
Prosto w oczy.
- Ma karę. Nie będzie chodził do was na treningi. Tak, w seniorach grać też nie będzie. Do widzenia.
***
Stoję na korytarzu. Opieram się o ścianę i rozglądam po ludziach. Patrzę im dyskretnie w twarze. Oceniam ich. Przeklinam w duchu ich wygląd, ich słowa, śmiechy, ich obecność.
Nic mnie z nimi nie łączy.
Nawet to miejsce.
Pod nogami mam torbę. W niej jeden zeszyt i strój do gimnastyki. Na wszelki wypadek. Jakbym jednak tam poszedł.
- Wyglądasz, jakbyś chciał wszystkich zabić - słyszę.
- To fajnie - odpowiadam.
Odchodzi. Siada z innymi. Śmieją się. Prowadzą swoje studenckie życie. Mówią o zajęciach. Mówią o imprezie w akademiku. Obgadują plany na weekend. Tacy szczęśliwi. Tacy zafiksowani.
Też byłem. Wam też to zabiorą.
Nadchodzi profesor. Uśmiechnięty, z wysoko podniesioną brodą. Pewnym i dumnym krokiem. To jest ktoś. Pewnie rodzina jest dumna. Ojciec w gabinecie kolekcjonuje jego dyplomy. Obdzwania rodzinę, bo jego syn, wykładowca, profesor, doktor habilitowany, jest taki świetny, jest taki wyjątkowy, jest kimś.
Otwiera i przytrzymuje drzwi. Wpuszcza studentów do środka. Wita się z każdym z osobna. Chyba zna ich imiona. Patrzy też na mnie. Ja dalej stoję, jak stałem, oparty o ścianę, z torbą rzuconą jak zwłoki pod nogi. Patrzy w moje oczy.
On wie.
On rozumie.
Obcy facet.
Dostrzega więcej od mojego ojca.
Salutuję mu i odchodzę. On kiwa głową ze zrozumieniem. Pewnie życzy powodzenia.
Ja już o nim nie myślę. Jestem już poza uczelnią. Idę na przystanek. Mijam ludzi, którzy nie ukrywają zdziwienia, że idę nie w tym kierunku, co trzeba.
Autobus jest pusty. Siedzę z tyłu. Facet ubrany jak tajniak przesuwa się w moim kierunku, sprawdzając bilety.
On też patrzy w moje oczy i nie podchodzi do mnie.
Wyciągam telefon. Włączam aparat i patrzę w swoją twarz.
Oczy mam nieobecne.
Mnie tu nie ma.
Jestem martwy.
Moje ciało zostało na ziemi.
Zostawiłem je na pastwę losu.
Wysiadam pod blokiem. Wchodzę do klatki. Mijam sąsiadów. Nawet oni są dumni, że studiuję. Ojciec im powiedział. Wchodzę do domu. Matki nie ma. On siedzi z telefonem w ręku. Rozmawia ze swoją. Opowiada o mnie. Że dobrze mi idzie. Że będę profesorem.
***
Na 25. urodziny kupiłem sobie połówkę wódki i cztery piwa. W plecaku mam jeszcze małą butelkę coli.
Tym razem nie świętuję w towarzystwie. Nie potrzebuję ich. W tym specjalnym dla mnie dniu obecny będę tylko ja.
Idę w las. Tam, gdzie wiele razy upijałem się do nieprzytomności.
Siadam na pniu. Wyciągam piwo i wypijam ze smakiem. Drugie smakuje inaczej. Gorzej. Trzecie i czwarte zostawiam. Wyciągam wódkę i kieliszek, który wyniosłem z domu.
Ojca ulubiony. Pije tylko z tego. Na pewno zauważy. Chciałbym widzieć jego minę, gdy pokażą mu, co przy mnie znaleziono.
Wódka smakuje inaczej, czuć, że to trucizna. Szybko mam banię. Pewnie dlatego, że nie pamiętam, kiedy nie piłem.
Chcę to zrobić szybko. Nie jak ostatnim razem. Wtedy ktoś przyszedł. Usiadł ze mną. Pytał, czemu piję sam.
Z plecaka wyciągam jednorazową maszynkę do golenia. Kładę na pieńku obok. Biorę łyk z gwinta. W głowie mam mgłę. Nawet nie próbuję wstać. Padłbym na pysk. Wyciągam trzecie piwo. Biorę łyk. Nalewam kieliszek wódki, wypijam i zapijam piwem. Póki jeszcze jestem w stanie, biorę maszynkę w ręce i łamię na pół. Wyciągam żyletkę, a plastik wyrzucam w krzaki.
Nie ma odwrotu.
Kładę żyletkę na kolanie.
Wypijam porządny łyk piwa i łyk wódki z gwinta.
Kieliszek spada pod nogi i jest brudny.
Chwytam żyletkę.
Przykładam do przedramienia.
„Piękne masz żyły” powiedziała kiedyś pani w centrum krwiodawstwa.
Jeszcze tu jestem, ale w głowie już jakby nieobecny. Unoszę się nad sobą. Jestem trzeźwy. Facet, na którego patrzę, buja się pode mną.
W rękach ściska ostrze.
Krew cieknie mu po ręce.
Mówię mu, żeby przestał.
Słyszy mnie. Czuje moją obecność. Rzuca żyletkę w zgaszone ognisko. Zaczyna płakać. Jedną ręką ociera łzy z twarzy. Drugą chwyta za butelkę. Pije z gwinta. Pije zachłannie. Pije, aż pada.
***
Siedzimy w kole. Dwadzieścia krzeseł obok siebie. Kobieta młodsza ode mnie czyta moje nazwisko.
- Obecny - mówię.
Dziś nic nie mówię. Mogę słuchać innych. Może czegoś się od nich nauczę.
Jeden twierdzi, że i tak nie przestanie pić.
Inny, że jego syn, jak go widzi, przechodzi na drugą stronę ulicy.
Chuda kobieta wyznaje, że piła trzy piwa przed pójściem do pracy. Że ma dobrego szefa, bo to on ją tu wysłał zamiast zwolnić.
Niektórzy się wzburzają. Trzy piwa? Prychają. To ty nie masz problemu! Pizda nie alkoholiczka. Po co tu przyszłaś?
Patrzę na panią terapeutkę. Zapisuje coś w notesie. Pewnie musi sprawdzić w podręczniku. Jeżeli ktokolwiek spośród tu obecnych nie pasuje, to właśnie ona. Patrzy na mnie. Chyba czuje, że się gapię. Dobra! Myślę. A co mi tam.
- Ja przeczytam.
Czytam pięć minut. Nikt mi nie przerywa. Może dlatego, że piłem więcej.
Wzbudzam szacunek.
Mam fanów na odwyku.
Opowiadam o sobie. Rzeczy, o których nikt nie wie. Rzeczy, które, jak sądzę, pchnęły mnie w nałóg. Pani terapeutka pewnie mi powie, czy słusznie.
- Czy ktoś chce coś powiedzieć? - pyta.
Jedna ręka w górze.
- Ja chcę powiedzieć, że to najlepsze, co napisałeś - mówi głosem zniekształconym przez denaturat.
Gdyby nie to, że wiem, po co to robię, wyszedłbym w tej chwili.
Zaśmiałbym im się w gęby.
Zasalutowałbym.
Nie zrobiłem tego tylko dlatego, że potrzebuję izolacji.
Kilka tygodni przerwy.
Później sobie poradzę.
***
Przyjechali rodzice. Mój współlokator poszedł do innego pokoju. Poczciwy ćpun.
Wchodzi mama. Płacze. Wskazuję jej krzesło. Siadamy przy stoliku. Mama z reklamówki wyciąga czekolady i ciastka.
Pyta, jak mi tu leci.
Dobrze, mówię.
Myślę, lepiej niż w domu, chyba tu zostanę.
- Gdzie jest tata?
Przez łzy mówi, że na dole.
- Wstydzi się.
Nie zaprzecza. Ona też się wstydzi, ale ma jaja.
Mówię, że jeszcze tylko pięć minut, bo mam zajęcia.
Kłamię, ale nie chcę jej już oglądać.
Krokodyle łzy. Płacze nad sobą, nie nade mną.
Zamiast myśleć, że to moje życie zniszczyli, myśli, że to ona nie spisała się jako matka.
Wychodzi, a ja wymieniam czekoladę na papierosy.
***
Mam mecz. Ktoś do mnie podaje. Kiwam dwóch i strzelam pod poprzeczkę. Bramkarz nie dosięgnąłby nawet na szczudłach. Jest koniec. Wygrywamy. Stajemy w kółku. Ściskamy się i podskakujemy.
Mamy awans.
Trzecia liga nasza.
Fajnie jest.
Cieszę się.
Biegnie kierownik drużyny. W rękach ma szampana. Wrzeszczy i szarpie się z korkiem.
Patrzę mu w oczy. On tego nie widzi. Jest w euforii. Gdyby to zauważył, może skończyłoby się inaczej.
Z koła nie mogę się wydostać. Oni wiedzą, że to moja zasługa. Ja też to wiem. Zawsze wiedziałem, na co mnie stać.
Kierownik jest już przy nas. Strumień z butelki celuje wprost w nasze głowy.
Dostaję tylko odrobinę, ale i tak strzelam go w pysk.
Butelka ląduje na murawie. Czerwony ślad na jego twarzy świadczy, że siadło nieźle.
Koledzy mnie łapią.
Pytają, co jest ze mną, dlaczego to zrobiłem.
Nic nie mówię.
Wściekły odchodzę.
Zepsuł mi to.
Ten kierownik.
Idę do szatni. Szybko się przebieram. Nawet się nie kąpię. Do szatni wbiega trener.
- Co jest z tobą?
- Trener! Jestem alkoholikiem!
Milknie. Wbiegają inni. Kierownik chce mnie bić. Dobrze, że go zatrzymali.
- Puście go - mówi trener i pozwala mi odejść.
Idę. Wsiadam do auta. Jadę trzydzieści minut do swojej wynajmowanej kawalerki. Wchodzę do środka. Mój kot plącze mi się pod nogami. Siadamy razem na sofie.
Jestem do niczego.
Nic nie umiem.
Nie mam żadnego w ręku fachu.
Ja nie żyję.
Jestem tylko obecny.
4 w nocy... czytam... przeżywam.... swietnie się czyta Twoje słowa ale tak cholernie wwiercają się w głowę, serce, duszę ze to po prostu boli...