- Kamil Polka
- 4 sty
- 2 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 16 lut
Gdy tak patrzyłem na niego, w te martwe oczy, nie bałem się. Dalej się nie boję. Nie wiem cholera dlaczego. Przecież powinienem. Wyglądał jak synek mojej siostry po pierwszym samodzielnym jedzeniu z miseczki. Tylko zamiast papki, to krew mu ściekała po brodzie.
Wpuściłem go. Jak przyjaciela, który potrzebuje pomocy.
Włączyłem radio. We wiadomościach które nadawali co godzinę, ględzili o tym bez przerwy. Jakby to się działo cały czas od nowa. Czy nie można powiedzieć raz i tyle? Po co mówić ludziom, że jakieś zwierzę rozszarpało dwóm policjantom szyje, jakby te były długimi kolorowymi żelkami. Tymi słodkimi włosami. Po co ich straszyć? I kłamać.
Wyłączyłem. Zrobiłem gryza pączka. Zapiłem zimną kawą. Głupi, myślałem, że to mi pomoże, że podsunie jakiś pomysł. Tak było kilka godzin temu. Teraz dalej tak siedzę i dalej mam nadzieję. Tak jak wczoraj i tak jak przedwczoraj. Trzeba wracać.
Wchodzę do mieszkania. Jest mrok. Wszystkie okna zasłonięte. Do tego mogę się przyzwyczaić.
- Jak się czujesz? - pytam.
Patrzy na mnie. Wiem to, chociaż nic nie widzę. Moje oczy muszą się dostosować.
- Słuchałem radia.
- Miałeś tego nie robić.
- Nie mogłem się powstrzymać.
Cisza. To by było na tyle. Chyba nie chcę wiedzieć jak się z tym czuje. Nie wiem po co pytałem.
- Jak było w pracy?
- Nie byłem w pracy.
- Nie?
- Nie. Siedzę tylko w aucie. Kombinuję.
- I co? Wykombinowałeś?
- Nie.
- To lipa.
- Lipton Ice-T.
- Zjesz coś? - pytam, a gdy milczy dodaję, że zapomniałem, że przepraszam, że nie mogę się przyzwyczaić.
Włączam toster. Czekam aż się nagrzeje. W tym czasie dwa tosty smaruję masłem. Kładę plaster szynki. Plaster sera. Zamykam i ładuję w toster. Rach ciach i gotowe. Wyciągam. Z butelki wyciskam kapkę ketchupu i majonezu.
Siadam w kuchni przy blacie na wysokim stołku barowym i widzę jak na mnie patrzy. Ukryty w mroku.
I tak jakoś przychodzi mi do głowy, czy ja aby nie jestem najgłupszym człowiekiem na ziemi. Wcinam kanapkę z tostów. Wampirze oczy wpatrują się we mnie, a ja chcę zapytać, czy na pewno nie jest głodny. Śmieję się pod nosem. Majonez ścieka mi po palcach.
- Na pewno nie jesteś głodny?
Wstał. Przechadza się po pokoju nerwowo. Jak Pacino w tym filmie.
- Głupi jesteś, wiesz? - mówi.
- Całkiem często przychodzi mi to do głowy.
- Niepotrzebnie tu przyszedłem.
- Nie miałeś gdzie.
- I tak niepotrzebnie.
- Mieszkasz tu.
- Muszę jeść - mówi.
Milczę. Wpatruję się w mały kawałek kanapki jaki mi został.
- Musisz jeść.
- Ale czy ty wiesz co to oznacza? Bo wydaje mi się, że chyba nie.
Staje plecami do mnie. Odsłania firany. Słońce już zaszło.
Wygląda tak samo. Jak tamten Marek. To dalej on. Jestem tego pewien.
- Wiem. Musisz jeść.
Odwraca się, patrzy w moje oczy. Wygląda jak pies mieszkający w schronisku, zamknięty w klatce. Głód ma wypisany w swoich.
- Nie mogę cię głodzić. Nie jestem potworem - mówię.
Milczy, ale nie przestaje na mnie patrzeć. W tych jego głodnych oczach chyba się pojawiły łzy. Albo to moje. Nie wiem.
- Jesteś dobrym przyjacielem - powiedział.
To pamiętam. Od tamtej chwili go nie widziałem. Przysięgam.

Komentarze