- Kamil Polka
- 6 maj
- 3 minut(y) czytania
Jestem najmniejszym chłopakiem w drużynie. Ba, ja jestem najmniejszym dzieckiem w drużynie. Nawet Mariolka, która jest ode mnie młodsza o kilka miesięcy, jest większa.
Dziś gramy z liderem. Wiem to ja i chyba tylko ja. Reszta ma to w nosie albo nie ma, ale nie potrafi zapamiętać.
Ja śledzę wszystkie wyniki wszystkich lig. I potrafię powiedzieć, kto w tym sezonie zostanie mistrzem pierwszej ligi marokańskiej.
Tata się śmieje, że gdybym zapomniał wszystko, co wiem o piłce, a zamiast tego zapamiętał wszystko, co jest w podręcznikach szkolnych, byłbym najmądrzejszym gościem w szkole. Tak do mnie mówi: Gościu.
– Ej, Gościu, leci dziś jakiś mecz? – pyta, gdy przychodzi wieczorem do domu z pracy.
Ja już wtedy jestem przygotowany. Czyli wykąpany, z umytymi zębami i z odrobionymi lekcjami, chociaż muszę przyznać uczciwie, że byle jak. No bo jak mogę się skoncentrować na lekcjach, skoro na YouTubie mogę obejrzeć mecz młodzieżowej Ligi Mistrzów, w której goście tacy jak ja grają w piłkę? No nie mogę. Szkoda, że mama tego zrozumieć nie może.
Przebieramy się. Ostatni numer zostaje dla mnie. Nawet nie mam swojego. Marzę o tym, żeby kiedyś ubrać 10. Teraz mam 28. Numer, który nic nie znaczy. Z którym nie mogę skojarzyć żadnego z moich piłkarskich idoli. Siedzimy na ławkach, a trener przedstawia nam plan na mecz. Doskonale rozumiem, co mówi. Ja nawet wiem, co powie, zanim to powie. Mógłbym spokojnie zamienić się z nim miejscem.
Mariolka dziś zagra od początku, a ja znowu siedzę na ławce. Trener na mnie nawet nie spojrzał, co znaczy tylko jedno. Nie bierze mnie w ogóle pod uwagę. Ale tata mówi:
– Gościu! Musisz być cierpliwy.
I ja jestem. Można powiedzieć też, że teorię boiskową mam w małym palcu. Albo w sumie to we wszystkich małych palcach, bo tyle tej teorii mam. I jeszcze technicznie jestem na poziomie połowy drużyny razem wziętej. Tylko jestem mały. Nawet nie niski. Nawet nie niski jak dziecko, a gdybym był karłem, to inne karły przezywałyby mnie Mały. Więc tylko cierpliwość mi pozostaje.
Mecz się zaczął, a ja wychylam się z ławki, żeby zobaczyć, czy tata siedzi. I oczywiście tak jest i nawet patrzy na mnie, jakby wiedział już wcześniej, że się pokażę. Dźwiga dwa palce, po czym kaszle głośno i znowu kieruje je w kierunku nieba.
Spotkanie nie idzie po naszej myśli. Przegrywamy 2:0 i trener w przerwie strasznie krzyczy. Nie, że jakoś na kogoś. Po prostu zagrzewa do walki. Tak jakby nie walczyli. Krzysiek ma przecież siniaka pod okiem. Mariolka dostała z łokcia i poleciała jej krew z nosa. Maciek, nasz bramkarz, kolana i łokcie ma zdarte do krwi.
W drugiej połowie coś się odmieniło i strzelamy trzy bramki. Dla mnie to znaczy tyle, że już na pewno nie wejdę. Czasami wydaje mi się, że naszemu trenerowi brakuje odwagi. I ja rozumiem, co ma na myśli tata, mówiąc, że muszę być cierpliwy. Ale jeżeli będę czekał, aż trenerowi Kamilowi wyrosną jajca, to umrę jako cierpliwości maestro.
Słyszę taty kaszel. W ten sposób daje mi sygnał, że cały czas tam siedzi. Nie wiem, po co to robi. Przecież ja doskonale o tym wiem. Jeszcze nigdy meczu nie opuścił. A ja jeszcze nigdy nie zagrałem. Tata też umrze jako cierpliwości maestro.
Sędzia gwiżdże koniec meczu. Ciężko mi się cieszyć, ale podskakuję z resztą drużyny przy trybunie wypełnionej rodzicami. Oni krzyczą. My krzyczymy. Gdzieś tam w tym hałasie dochodzi do mnie nieprzerwany dźwięk kaszlącego taty.
Gdy tydzień później gramy kolejny mecz, ja znowu siedzę na ławce rezerwowych. Tym razem Mariolka siedzi obok. Trener zagrzewa tak samo jak ostatnio wszystkich do walki. Na trybunach słychać brawa, a czasami buczenie, gdy sędzia popełni gafę. Słychać też trąbki i krzyczące mamy do swoich dzieci, żeby nie stały w miejscu, tylko biegały.
Tylko taty nie słychać. Jego kaszel znikł na zawsze. Boję się wychylić w kierunku miejsca, w którym zawsze siedział. Myślę, że nie wytrzymałbym. Mama mówiła, żebym nie szedł. Ale tata by się nie zgodził. Zawsze powtarzał, że jeżeli mi zależy, to nie mogę odpuszczać. Jeżeli kiedyś odpuszczę, to znaczy, że chyba nie zależy mi tak, jak myślę.
Przegrywamy 3:1, a do końca meczu zostało pół godziny.
Wstaję. Zakładam ochraniacze. Podciągam getry. Sznuruję porządnie korki. Mariolka patrzy na mnie. Reszta rezerwowych idzie w jej ślady.
– Co ty robisz? – pyta ona.
– Wchodzę!
Idę do trenera.
– Moja cierpliwość się skończyła – mówię. – Chcę grać!
Gdy mecz się kończy, a mnie, małego człowieka, otoczyła drużyna. Po tym, jak strzeliłem trzy bramki i wygraliśmy. Gdy trener nie wie, co powiedzieć, dlatego tylko stoi i klaszcze. Gdy z oczu w końcu poleciały mi łzy, które na pogrzebie lecieć nie chciały. Wtedy zrozumiałem, że tata pękałby z dumy.

Komentarze