top of page
  • Zdjęcie autora: Kamil Polka
    Kamil Polka
  • 25 lut
  • 4 minut(y) czytania

Kilka dni w Warszawie i czuję się o niebo mądrzejszy. O systemie VAR wiem więcej. Wszystko wiem, mówię do żony. Nie wierzy. Nie dziwię się jej. Za chwilę znowu włączę mecz. Znowu spojrzy na mnie. Znowu powie do mnie, że nasz mikser może i jest produkowany w Tajwanie, ale przynajmniej działa jak należy.


Pojechaliśmy w interesach. Ja, bo interesował mnie VAR. Moja żona, bo jej nie interesował. W pewnym momencie się rozdzieliliśmy. Albo zgubiliśmy. Albo sam nie wiem. Prawda jest taka, że nie chciała, żebym szedł z nią. Wolę jednak myśleć, że było inaczej.


Dzwonię do kumpla. Graliśmy kiedyś razem w lidze orlikowej. Nawet spotkała nas taka mała chwila sławy. Czuliśmy się jakbyśmy wsiadali do samolotu. Lecieli na mecz. Na tournée po Ameryce. Tak się czuliśmy. Szliśmy wtedy razem przez sklep w Sosnowcu. Szukaliśmy butów dla mnie. Albo dla niego. Albo dla mnie i dla niego. Dwie pary za jedną. Jakiś szczeniak z energetykiem w ręku powiedział do swojego ziomka: patrz to ci panowie z Playareny. Ale to było uczucie.


Więc dzwonię do tego kumpla. Z którym łączy mnie coś tak wspaniałego. A wiem, że on w piłce siedzi. Podobno jest tajniakiem. Ale nie może o tym mówić. Bo to tajne. Bo nie może się wydać. Pytam, co robi, bo siedzę w Warszawie i moja żona kazała mi się w końcu zająć sobą. Twierdzi, że łażę za nią cały dzień. Żyć nie daję. Jak wrzód. I on mi przerywa w pewnym momencie. Mówi, świetnie, że dzwonisz. Wspaniale się składa. Cóż za zrządzenie losu.


Idziemy pić, mówi.


Mówię, że ja nie piję.


A on mówi, że świetnie się składa. Że zrządzenie losu. Że wspaniale, że to ja dzwonię, a nie ktoś inny.


Mówię mu, że jeżeli szukają kierowcy to ja odpadam. Że boję się jeździć nocą po Sosnowcu. W Warszawie bym zemdlał za kierownicą.


Mówi, że nigdzie nie jedziemy. Że świetnie się składa…


Teraz ja mu przerywam. Pytam, gdzie, co i jak.


Przyjechał po mnie. Z kumplem. Nie znam. Ale fajny taki. Dres miał sportowy z Adidasa. Wyglądał jak ja kilka lat temu.


Auto się zatrzymało. Wysiadamy. Rozglądam się jak głupi. Rozkładam ręce.


Przede mną rośnie oszklony budynek. Biuro. Wielkie jak osiedle w Sosnowcu.


Stoję i czekam. Bo ci dwaj moi koledzy z bagażnika wyciągają dwie reklamówki butelek. Oszronione. Wielokolorowe. Wieloprocentowe.


Idziemy, mówi do mnie ziomek.


Teraz widzę, że nigdzie nie wejdziemy. W dresach obaj są. Tylko ja mam spodnie ze ślubu i koszulę z zaręczyn. Kumpel wali z całej siły w szklane drzwi.


Otwiera facet. Patrzy na mnie. Pyta, kim jestem. I czego tu szukam. Zanim otworzyłem usta, mój ziomek mu wszystko wyjaśnił.


Jest delegatem. Na ucho mi szepnął, że zapomniał mi powiedzieć. Facet patrzy na mnie groźnie. Łysy jest. Szeroki w barach. Trochę się przestraszyłem. Jutro sesję mam z żoną. Wspólną. Nie mogę mieć pizdy pod okiem. Pyta mnie, czy mam jakiś dokument. Już chcę wyciągać, gdy ziomek mówi, że ja nie piję, że przydam się. Łysy kiwa głową. Spodobało mu się to, co usłyszał.


Wchodzimy do środka. Zatrzaskują się drzwi. Łysy przekręca zamek. I przez chwilę pomyślałem, że skończę w Wiśle.


Bez sensu. Niepotrzebnie.


Poszliśmy dalej. Na górę. Po schodach. Wchodzimy do pokoju. Na całej ścianie telewizory. A w nich mecze. Dwóch facetów siedziało przy biurkach ze słuchawkami na uszach. Już wyciągali butelki z reklamówki. Na stole rozłożono paluszki i krakersy. Kazano mi się rozgościć pod ścianą. Na wielkiej sofie, na której dostrzegłem ślady po papierosach. Obok popielniczki, w której leżały do połowy zjarane blanty. Usiadłem wygodnie i patrzyłem na mecze.


Żona mi nie uwierzy, powiedziałem.


Obrócili się do mnie.


Nikomu ani słowa wspólnie powiedzieli.


Ziomek spojrzał na mnie. Zapomniał mi powiedzieć.


Jego kumpel odkręca butelkę. Dopiero teraz dostrzegam, że każdy ma kieliszek przed sobą.


Ładują.


Co to za mecze, pytam, bo nie wiedziałem. Zapomniałem, że w środku tygodnia grają.


Ekstraklasa, mówi jeden. Ten po lewej. Ten po prawej odwraca się do mnie z kieliszkiem w ręku.


Mówi: twoje zdrowie kimkolwiek jesteś, bracie.


Kiwam mu głową. Miło z jego strony. Po dziesięciu minutach już wiem, o co chodzi mniej więcej.


Siada kumpel obok mnie. Klepie mnie po udzie. Mówi, że nie powinno się nic wydarzyć, ale jakby co, to mam mówić, że nic nie było. Kiwam głową. Fajnie, mówię. A jak się pomylę, pytam.


Twierdzi, że to nic takiego. Że tu ich wysłano za karę. Nie ma już gdzie ich wysłać. Po godzinie gry coś się dzieje u faceta po prawej. Nie wiem, jak ma na imię. Żaden się nie przedstawił. Nie reaguję. Z tym moim kumplem rozmawia o squashu. Albo o tenisie. Wstaję. Podchodzę. Pytam, czy mogę, wskazując na słuchawki. Mówią, że pewnie. Dawaj ziomuś, mówi. Tylko ten łysy, co drzwi otwierał patrzy nieufnie. Chyba go znam, ale nie gapię się. Zakładam słuchawki. Jakiś zdyszany facet pyta się mnie o coś, ale nie rozumiem. Widzę go w monitorze. Widzę głowy zawodników zaglądających mu przez ramię. Pada śnieg. Trybuny głośne. Kiepsko cię słyszę, mówię. On nie rozumie. Patrzy w monitor. Chyba krzyczy. Też krzyczę. Nie było, kurwa. Odbiega. W monitorze widzę, jak zawodnicy biegną za nim. Stają wszyscy. Sędzia coś im tłumaczy. Zawodnicy jednej drużyny łapią się za głowy. Drudzy się śmieją. Odkładam słuchawki. Wstaję. Facet mówi do mnie: dobrze ziomuś.


Siadam na sofie pod ścianą. Patrzę na łysego. Śpi. Oparty na stole jak ja w gimnazjum. Lekko się buja. Zaraz zleci. W monitorze przed nim sędzia stoi przed monitorem. Coś mówi. Zerkam jeszcze raz na łysego. Jednak nie śpi. Leżąc tak na stole majaczy coś do mikrofonu.


Nagle wszystko stało się dla mnie takie jasne. Jakbym został olśniony. Albo łopatą przez łeb.


Siada mój kumpel obok mnie. Język mu się plącze, ale daje radę. Mówię mu, że niezłą mają fuchę. Śmieje się i mówi, że no wiadomo. Mówi, że w Hiszpanii byli. Na szkoleniu. Hiszpańskich sędziów uczyli. Że daremni są. Że w piłkę może to grają super. Ale do VARu to za słabe głowy mają.



Komentarze


bottom of page