top of page
  • Zdjęcie autora: Kamil Polka
    Kamil Polka
  • 11 cze
  • 11 minut(y) czytania

***

Babcia stoi nad pieńkiem. W dłoni mocno ściska siekierę.

Na ostrzu widzę starą krew. Na pieńku też.

Mówi, że nie muszę patrzeć.

Odpowiadam, że się nie boję. Że na YouTube gorsze rzeczy widziałem.

Ona nie wie co to jest, ale nie komentuje tego.

Mówi tylko, żebym mamie nie mówił, bo już mnie do nich nie przyśle.

Mi to pasuje.

Odsunąłem się trochę, ale nie za bardzo. Jestem ciekaw, czy to prawda, że kura później mruga i gdacze, a reszta ciała wierzga.


Siedzę na piłce. Na swojej bym nie siedział. Zrobiłoby się jajo i źle by się grało.

Ale ta nie była moja. Dziadek wyciągnął z szopy.

Powiedział, że jakiś mój kuzyn zostawił. Nie pamiętam który.

Przyglądam się babci. Jej usta się ruszają.

Jakby mówiła cicho.

Jakby się modliła.

Jakby szeptała do kury.

Ubrana jest w długą suknię w kwiaty.

Albo i nie.

Może jakieś wzory jak z dywanu w naszym domu w Warszawie. Na głowie ma chustę. Jak ten raper. Tylko kolorową.

Nie wiem ile babcia ma lat, ale teraz wygląda na sto. Jej twarz jest pomarszczona jak stary owoc. Nie lubię jak mnie całuje.

Brzydzę się.

- Gotowy? - pyta.

Kiwam głową.


Siekiera wyłoniła się zza głowy babci jak rakieta do tenisa.

Wbiła się w pieniek.

Głowa zleciała na trawę.

Jedno oko patrzyło wprost na mnie.

Mrugało.

Reszta ciała wierzgała w jej rękach.


Przyszedł dziadek. Oczy ma niewyraźne. W reklamówce brzęczą butelki. Mocno ją trzyma. Jak najważniejszą rzecz na świecie. Plakat ma w drugiej. Nie widziałem co na nim jest, bo machał nim jak szalikiem na meczu.

- Najlepszy wnuczek na świecie - powiedział stając nade mną.


Ja zerkam na kurę w kawałkach. Chcę policzyć ile czasu to trwa. Te utrzymywanie czynności życiowych przez martwą kurę. Czytałem w internecie, że różnie.


- Kupiłem ci cukierki, cały worek - powiedział dziadek.


Odłożył plakat na stół.

Przestałem patrzeć w oczy kury i spojrzałem na to co na nim.


Zaginął Andrzej Kuc.

Lat 23.

Ostatnio widziano go jak szedł do sklepu przez pola.


Babcia zabrała plakat, a dziadek wręczył mi worek cukierków.


Wróciłem do patrzenia na kurę.

Ta część w ręce babci przestała wierzgać. Głowa była już tak martwa jak tylko się da. Nie wiem ile czasu to trwało.

No nic.

Wziąłem cukierka.


Babcia usiadła na niskim krzesełku. Rozstawiła szeroko nogi. Między nimi zwisa kurze ciało.

Szyją w dół.

Krew skapuje do miski.


Dziadek usiadł przy stole na którym postawił reklamówkę. Oparł się o ścianę domu z czerwonej cegły.


To jedyny taki w okolicy.

Mama mówiła, że dziadek sam go zbudował dawno temu ze swoim ojcem. Czyli moim pradziadkiem.

Ja z tatą raz układałem lego.


- Rozstawiłeś kukły? - zapytała babcia.

- Ta - odpowiedział on.


***


Ciepło jest. Asfalt się topi. Pierwszy raz coś takiego widzę. W torebce pod brzuchem brzęczą monety. Kilka złotych. Dziadek mi dał.

Powiedział, że reszta mu została.

Babcia twierdziła, że coś mało.

Dziadek dodał, że to jego pieniądze. Że ma się odpierdolić.


Dobrze, że przynajmniej swój rower mam. Górski. Z przerzutkami. Z hamulcami tarczowymi. A mama chciała, żebym tego nie robił. Żebym go nie brał.


- Dziadek ma mnóstwo rowerów, znajdziesz coś dla siebie - mówiła wciskając ubrania w torbę.

- Nie żartuj - wtrącił się tata. - Na tych rzęchach nie da się jeździć.


I jechałem teraz na swoim „góralu” do sklepu po Colę w puszce.

Słońce pali mi ramiona. Od spodu czuję gorąc. Ulica jest jak lawa.

Tu nikogo nie ma. Mama jakoś zapomniała wspomnieć, że dzieci chyba się już tutaj nie rodzą. Powiedziała tylko, że się będę dobrze bawił.

Do głowy mi nie przyszło, że sam.

Zabrali mi telefon. Konsola stoi na szafce w moim pokoju.

Kurdę, trochę mnie przekręcili.

- Kilka dni na wsi dobrze ci zrobi - mówili.

Jasne.

Ciekawemu komu.

Ja wiem co oni robią. Wiem, że znaleźli ofertę last minut, all inclusive, full wypas.

Myślą, że ja głupi jestem bo niższy. Że ja nie wiem, bo dzieckiem jestem.


Po lewej stronie, aż do sklepu ciągną się pola dziadka i babci.


Czy to znaczy, że moje też?


Babcia powiedziała, że mam nie schodzić z roweru i nie włazić w nie.


- Kategorycznie zabraniam - tak powiedziała.


Nie wiem po co miałbym to robić.

Z bliska patrzeć na kapustę? Szukać robali na liściach?

Przyjechałbym pod dom. Z puszką w ręce. Oparł rower o ścianę. Powiedział: Babcia, tragedia jest! Plaga egipska jakaś! W liściach robale znalazłem. Zjadają plony nasze! Koniec świata!


Nie było tam nic co mogłoby mnie zainteresować. Jedynie miliony rosnących na polach warzyw, których nazw nie znam i kilka kukieł, które rozstawił dziadek.


Zaparkowałem pod sklepem. Mniejszym od przystanku autobusowego w Wawie. Wszedłem do środka.


- Jesteś od Antka - usłyszałem, zanim wziąłem Colę w rękę.


Pokiwałem głową. Zapłaciłem i wyszedłem. Nieznajomy to nieznajomy. Nawet jeżeli myśli, że znajomy.


Miałem ochotę napić się już teraz. Było piekielnie gorąco, a puszka była arktycznie zimna. Ale jeszcze większą miałem ochotę zrobić to w cieniu pod domem.

Dlatego wrzuciłem puszkę do saszetki i ruszyłem jak rakieta.

Znowu mijałem te pola.

Ale zatrzymałem się gwałtownie.

Byłoby z piskiem, gdyby nie to, że pod kołami asfalt jest miękki jak ser na toście.


Chyba miałem udar.

Albo zwidy.

Albo odbija mi od samotności i z nudów.

Albo może dziadek znowu łaził po polu.

Ale kiedy?

Przyglądałem się uważnie.

Kukły były bliżej ulicy niż wcześniej.

Z daleka widziałem, kapiącą z nich czerwoną ciecz.


***


Dziadek rąbie drzewo. Mówi, że zrobimy wieczorem ognisko. Ja, dziadek i stara. Tak powiedział. Babcia nie jest zachwycona.


Oparłem głowę o zimną, czerwoną cegłę. Po wycieczce do sklepu było to niebywale przyjemne. Cola jest prawie tak samo zimna, jak w chwili, gdy wyciągałem ją w sklepie z lodówki. Na kolanach mam worek z cukierkami. Tiki-Taki. To mi się akurat podobało.


W domu mogę zjeść tylko jednego takiego cukierka dziennie.

Z jednej strony rozumiem.

Mam kolegę, który nie ma tego problemu. Do szkoły przynosi dwa batony. Zjada je do końca drugiej lekcji. Na pierwszej długiej przerwie biegnie do najbliższego sklepu po dwa kolejne.

Ma czarne zęby i dziewczyny przezywają go: Czerniak.

Ale mi to nie grozi. Ja trenuję piłkę i karate, a cukierka mogę tylko jednego dziennie. Jeżeli w ogóle mamy w domu. Zazwyczaj brak.


***


Szperam w domu.

Babcia na zewnątrz znęcała się psychicznie nad dziadkiem.

Dziadek znęcał się fizycznie nad butelką wina, przygotowując przy tym grilla. Jakby miał być największą ucztą na wsi.

Babcia z kury zdarła wszystkie pierze. Przypalała teraz skórę.


Chodziłem po pokojach. Szukałem czegoś ciekawego. Pierwszego dnia babcia chciała mnie zachwycić swoimi starymi zdjęciami.

- Babcia, teraz fotki mam w telefonie - powiedziałem.

Szybko je schowała. Trochę obrażona. Dziadek się śmiał.

A ja myślałem, że umrę z nudów. Dalej tak myślę. Że jeszcze kilka dni i wykituję. Będę pierwszym w historii dzieckiem zmarłym z nic nieróbstwa.


W kuchni nie znalazłem nic ciekawego. Tak jak i w pokoju w którym śpię. Normalnie, nazwano by go pokojem gościnnym. Ten nie był wcale.

I ten smród! Gorszy od zapachu palonej kurzej skóry.


Do obczajenia zostały mi dwa pokoje. Jeden był ich sypialnią. Drugi nie wiem. Wszedłem właśnie do tego. Stało tam łóżko. Jak w moim. Zapach jednak był inny. Czułem starość, alkohol i papierosy.

Nie od razu załapałem. Bo jak? Mam 12 lat do cholery.


Mama i tata też czasami mają takie dni. Że śpią oddzielnie. Może dziadek i babcia mają na odwrót. Że tylko czasami śpią razem.

Gdybym miał nadzieję znaleźć setki pustych butelek, albo popielniczkę z wysypującymi się z niej niedopałkami papierosów, byłbym zachwycony.

Ja jednak spodziewałem się czegoś innego.


Zostawiłem tę oazę dziadka i wszedłem do pokoju babci. Gdy tylko przekroczyłem próg, wiedziałem, że coś się święci. Zapach był inny. Zapach kadzideł.

Pewnie znowu przywiezie z tej Turcji, czy gdzie oni tam są. Bo w sumie to nie za bardzo mi powiedzieli.

Może nie chcą żebym ich szukał? Ukrywają się przed policją? Może te taty interesy są brudne jakieś? Albo mama pojechała zrobić operację plastyczną u tureckich ekspertów?

Dokładnie tak, jak mama Oscara. Mojego ziomka z klasy.


Pokój jest wypełniony dymem, zapachem z kadzidła i czymś jeszcze. Jest też ogromny. Jak pół naszego mieszkania. Łóżko nie stało jak u dziadka, na środku. Było małe i wciśnięte w róg. Jak w celi więziennej. Wiem, bo wujek jest w takiej. Chociaż tata myśli, że wcale nie wiem. Tak jak myśli, że nie wiem, co to za dźwięki w nocy dochodzą z ich sypialni.


W pokoju babci nie ma wolnej ściany. Przy wszystkich stoją szafki, szafy, komody. A na nich figurki, porcelana i laleczki.

I… kurze łby.


Usłyszałem kroki w sieni.

W sypialni babci było dwoje drzwi.

Jedne prowadziły do przedpokoju.

Drugimi wszedłem.

W momencie, gdy usłyszałem skrzypnięcie tych pierwszych, wróciłem do sypialni dziadka.

Tam, nie chcąc hałasować, na palcach szedłem w kierunku mojego pokoju.

Nagle przystanąłem.

Cisza.

A ja nie lubię ciszy.

W ciszy słychać wszystko.

Deski w podłodze zaczęły mówić.

Rzuciłem się na dywan. Jak na karate.

Wczołgałem się pod łóżko.

Czekam.

Zerknąłem pod siebie.

Leżę na dziesiątkach rozrzuconych pod łóżkiem kartek.

Takich samych, jaką dziś przyniósł dziadek.

Tylko teksty są inne. I zdjęcia.


Maciek Kowal. Lat 10. Zaginął.

Władysław Łopata. Lat 45. Czy ktoś go widział?

Mariola Łapińska. Lat 55. Pomóżcie ją znaleźć.


- Chowasz się? - usłyszałem.


***


Jem kiełbasę prosto z patyka, gdy babcia przychodzi z telefonem w ręku.

- Mama!.

Wziąłem telefon. Nadzianą kiełbasę, dalej trzymam w ręce.

- Nooo?!

Mama pyta jak mi jest u dziadków. Czy dobrze się sprawuję. Chcę jej powiedzieć, że nawet gdybym chciał, to nie ma czego tu zmajstrować.

- Jest okej.

Opowiada, co robili. Co widzieli. Kogo spotkali.

Zapamiętałbym, gdyby mnie to obchodziło.

- Aha, no to fajnie. A kiedy wracacie i przyjedziecie po mnie?

Słuchawkę wziął tata. I to kurde zapamiętałem bardzo wyraźnie.

Powiedział, że zostaną tydzień dłużej.

Że zaoferowano im pobyt za połowę ceny.

Że nie można odmówić.

Że taka okazja nie zdarza się często.

Że zrozumiem jak dorosnę.

Oddałem słuchawkę babci.


Babcia rozmawiała z nimi jeszcze jakiś czas. Twierdziła, że bawię się wyśmienicie. Kurde, takiego właśnie użyła słowa. Dziadek prawie wleciał w ognisko. Reklamówka, którą rano przyniósł ze sklepu była już prawie pusta.

Tata mówił, że niezły z niego pijus. Mama twierdziła, że przesadza.

Chyba jednak nie. Trzeba przyznać. Tyle co dziś wypił, starczyłoby dla trzech żuli. Albo dla taty i jego kolegów.


Kiełbasę zjadłem całą. Na patyk nabiłem kolejną. Jeszcze wcisnę.

Przypomniały mi się kurze łby w pokoju babci.

I plakaty pod łóżkiem dziadka.

I że rodzice zabiorą mnie nie wiadomo kiedy.

Mówiłem im, żeby zapisali mnie na obóz sportowy. Ale nie, kurde. Razem gdzieś pojedziemy, twierdzili.

No to pojechałem.

Kurde blade!

- Babcia! Po co ci te kurze łby w pokoju?


***


W nocy wydaje mi się, że słyszę krzyki. Nie! Wcale mi się nie wydaje. Ja je słyszę naprawdę.

Otwieram oczy. Jest jakoś bardziej ciemno. Nie słyszę jeżdżących za oknem aut. Od czasu do czasu jakiś pies zaszczekał.

Z kuchni słyszę stukanie szklanek.

To dziadek. Tak jak wczoraj.

Po ognisku zasnął przed domem na wersalce. Potrzebował odpoczynku. Babcia nawet go nie tknęła.

- Chodź Wojtuś - powiedziała. - Zostawmy tego starego cepa. Niech zamarznie.


Obudził się i od razu stuka butelkami. Niezniszczalny pijus. Ciekawe ile może tak pociągnąć?


Gdy brzęczenie butelek ustało. Czyli, gdy dziadek znalazł to, czego szukał, albo znowu poszedł spać, z pokoju babci usłyszałem te dźwięki. Niby krzyk. Albo śpiew.

Poczekałem, aż oczy przyzwyczają się do ciemności i wstałem. Przez chwilę szukałem kapci.

Skoro dziadek urzęduje w kuchni, bez wahania wszedłem do jego pokoju. Na podłodze dalej leżały plakaty z tymi ludźmi, którzy gdzieś się stracili. Zniknęli. Pewnie wyjechali.


Też bym wyjechał, gdybym mógł. Ale ja nawet nie wiem, gdzie tu przystanek autobusowy jest. Jeżeli jest w ogóle.


Jestem już przy drzwiach do pokoju babci. Tego z kurzymi łbami na pułkach. Tego w którym czuć kadzidła i starych ludzi.

Delikatnie przekręcam klamkę. Uchylam drzwi.

Chciałem spojrzeć przez szparę, ale nie było szans.

Otwieram szerzej. Tam było jaśniej. Od razu dostrzegłem palące się świeczki na środku pokoju.

Babcia siedzi przy nich. Na kolanach. Jak muzułmanie przy modłach.

Jej twarz skierowana w moją stronę. Oczy zamknięte.

To nie były krzyki. Teraz wiem. To słowa wypowiadane przez jej stare usta.

W nieznanym mi języku.

To samo robiła ścinając kurze łeb. Wtedy nic nie słyszałem.

Patrzę na podłogę. Tam gdzie były świeczki.


Kurzy łeb. Tej dzisiejszej kury. Tej, której patrzyłem w oczy.

Leżał tam.

A oczy wcale nie są martwe. Ruszają się. Rozglądają się po pokoju. Szybko. Jakby w rytm tych babci modłów.

Otworzyłem szerzej usta. Pchnąłem szerzej drzwi.

I skrzypnęły.

Za plecami usłyszałem pijacki chód dziadka. Nie odwróciłem się. Nie mogłem oderwać wzorku od kurzych oczu.

Kroki za mną ucichły.

I wtedy kurze oczy spojrzały wprost w moje.

Odwróciła się babcia.

Ale to nie była ona.


***


Obudziłem się w południe. Dziadek już jest pijany. Babcia stoi w kuchni przy wielkim garnku. W ręce za kurzą łapę trzyma ciało kury.

Woda w garnku bulgocze. Dziadek nuci starą piosenkę.


-  O wstałeś! Idź się umyć. - mówi nie patrząc na mnie. - Zaraz dostaniesz śniadanie.


Idę. Twarz zlałem zimną wodą. Myję się pod pachami. Na ramieniu widzę siniak w kształcie dłoni. Jakby ktoś mnie mocno ścisnął. Szarpał. Próbował wyrwać rękę.


Powoli przypominałem sobie sen. Kurze łby w pokoju. Kroki dziadka. Modły w innym języku. Babcię na klęczkach. Babcię o twarzy wiedźmy. Pamiętam, że gdy się obróciłem, dziadek też miał inną twarz. Niepodobną. Starszą. O sto lat chyba.

To niemożliwe. To musiał być sen.


Wyszedłem. Usiadłem przy stole.

Dziadek gapi się na mnie. Babcia szykuje śniadanie.


Ten zapach świeżego chleba. Muszę przyznać. U nas takiego nie ma. To się im udało. Będzie to jedyne dobre wspomnienie.


Przyglądam się babci. Na dziadka nie chcę patrzeć. Nie, gdy on to robi.


- Miałeś koszmary co? - zagadał.

- Mówiłam, żebyś nie patrzył - powiedziała babcia.

- Nic nie widziałem - powiedziałem szybko.

Babcia nie odrywała ode mnie wzroku.

- Miałeś nie patrzeć jak ścinam kurze łeb - wyjaśniła.

- Aha.


Teraz oboje na mnie patrzą. Niby normalnie. Przyjaźnie. Jak babcia i dziadek na wnuczka. Jednak w tych ich oczach było to coś co widziałem w nocy.


- Mogę zadzwonić do mamy?


I to zmieniło wszystko. Bo przez sekundę widziałem ich znowu. Jak w tym serialu o Wikingach, którego mama nie pozwoliła mi oglądać.

Wieszcze.


- Po co? Wczoraj z nimi rozmawiałeś - powiedziała babcia.

- Coś mi się przypomniało.

Z dziadkiem wymienili spojrzenia. Nagle stali się smutni. Przeraźliwie smutni. Jakby ktoś umarł.


- Wieczorem zadzwonisz - powiedziała ona.

- Wieczorem zadzwonisz - powiedział on.


Zjadłem śniadanie. Chleb posmarowany masłem. Zielony ogórek pokrojony w grube plastry. Sól i pieprz.

Tyle.

A mógłbym to jeść cały dzień.


Chciałem odejść od stołu, ale babcia mnie zatrzymała. Jej pomarszczona ręka przypomniała mi akcję pod łóżkiem.


- Dziś popracujesz z dziadkiem.

- Jak niby?

- Dziadek ci pokaże.


Słońce piecze jak wczoraj. Mam już czerwone ramiona, ale i tak ubrałem koszulkę bez rękawów. Dziadek czeka przed domem. Pali papierosa bez filtra. Obok stoi jego rower, a mój leży w trawie.


- Co będziemy robić?

- Zobaczysz - powiedział.


Jedziemy w milczeniu. Ja za nim. Dziadek, lat chyba 80, a nogi ma jak dwa pnie dębu. Na swoim składaku jedzie tak szybko, że nie mam szans. A staram się.

W końcu jakaś rozrywka. Już myślałem, że nic mnie nie czeka. Oprócz koszmarów i dziwnych nocnych modłów dziadka i babci.


Nagle się zatrzymał. Prawie w niego wjechałem.

- Widzisz te kukły?

Pokiwałem głową.

- Trzeba je przenieść w inne miejsce, żeby ptaszyska odstraszyć.

- Ale po co?

Dziadek zrobił taką minę, że więcej nie pytam. Rzuciłem górala w trawę. Dziadek prychnął.

- Ja jadę do sklepu. Kupię ci Colę.

- Mam do ciebie przyjechać jak skończę?


Spojrzał mi w oczy. I nie spodobało mi się to, co zobaczyłem w jego.

Jakby żałował, że jednak tu przyjechałem.


- Na pewno będę przed tobą - powiedział i chciał coś jeszcze dodać, jestem tego pewien, ale odjechał. Teraz już się tak nie spieszył.


Wszedłem w pole. Ziemia jest twarda. Muszę uważać, żeby nie wleźć w zieleninę. Co chwilę dłonią strącam robactwo z nóg.


Byłem pięć metrów od pierwszej kukły, gdy przypomniały mi się słowa babci i dziada ze sklepu.


Nie wchodź w pole.


Po co dziadek mnie tu wysłał?


Stanąłem przed kukłą. Wyglądała jak marzanna, którą topiliśmy pierwszego dnia wiosny. Sam ją niosłem. Wielki zaszczyt, mówili. Jaki cholera.

Dziwnie znajome mi się wydało ubranie, które na niej wisiało. No ale pewnie z sieciówki jest. Ktoś dawno temu kupił. Babcia z dziadkiem odkupili i teraz mają. Ubierają swoje dzieci na patykach.

Żeby wyrwać je z twardej ziemi muszę nieźle się nagimnastykować. Szarpię jak w przeciąganiu liny na wuefie. Dopiero wtedy dostrzegam plamy na koszulce. Czerwone. Prawie czarne. Jak barszcz czerwony. Albo sos barbecue. Albo jak …krew.


Puściłem kukłę.

Wcale nie wyrwałem jej z ziemi.

Stała jak stoi.

Podniosłem głowę.

Patrzy wprost na mnie.

Wtedy znowu sobie przypomniałem, żeby nie włazić w pole.


I że w tej koszulce był facet ze zdjęcia.

Andrzej Kuc.


Spojrzałem  na drogę.

Dziadka widać nie było.

Na ramionach poczułem mocny uścisk.

I pazury wbijające mi się w ciało.

Krzyczę, ale krzyk ugrzązł mi w gardle.

Probuję się wyrwać.

Ale to boli bardziej.

Czuję krew spływającą po szyi.

Oczy zachodzą mi mgłą.

Mdleję.

Umieram.

Albo zasypiam.

Mam nadzieję, że obudzę się rano i mama z tatą mnie stąd zabiorą.

Słyszę jeszcze głos faceta ze sklepu, tego nieznajomego.


Miałeś nie wchodzić w pole!!!

Komentarze


bottom of page