- Kamil Polka
- 18 mar
- 2 minut(y) czytania
Otworzyłem oczy i zastanawiałem się, co właściwie mnie obudziło.
Jakieś walenie w ścianę?
Grzmoty za oknem?
Śmieciarze znowu stukają kontenerami?
Gapiłem się w sufit. Głowa mi pękała po porannym piciu. W ustach sucho jak na Saharze.
Na szafce nocnej nie było butelki wody. Jedynie telefon, paczka papierosów i zapalniczka.
Odkryłem się. Przeciągnąłem się co tylko wzmogło ból głowy i wstałem.
Ktoś pukał do drzwi.
Cholera, mógłby to robić ciszej.
Poszedłem wolnym krokiem. Czułem, że blisko mi na wymioty.
Otworzyłem.
- Dzień dobry, polecony do pana! Proszę podpisać!
Nie miałem siły odpowiedzieć.
Drżącą ręką podpisałem się czymś, co wyglądało jak wykałaczka, na czymś, co wyglądało jak skaner magazyniera.
Wiem, bo tam robiłem.
W chwili, gdy wymawiał „miłego dnia”, zatrzasnąłem mu drzwi przed nosem. Młody szczyl, nic mu nie będzie.
Nie przyglądałem się kopercie. Rzuciłem ją na stół w kuchni i zajrzałem do lodówki. Na półce w drzwiach stały butelki wody niegazowanej i piwa. Wiadomo, że wziąłem piwo. Otworzyłem zębami i poszedłem do łazienki. Butelkę postawiłem na pralce i zrobiłem miejsce na jej zawartość, oddając mocz. Trochę mi zajęło, zanim strzepnąłem go do sucha. Umyłem ręce i gębę. W lustro spojrzałem tylko ukradkiem.
Nie ma co oglądać.
Wziąłem piwo, z sypialni fajki i zapalniczkę.
Rozłożyłem się w salonie jak król. Chociaż wcale się nim nie czułem.
Przez okno wpadało trochę światła. Dało się słyszeć szum aut i rozmowy ludzi na dole. Nawet na piątym piętrze.
Włączyłem telewizor. Na kanale informacyjnym mówiono o wojnach i o niczym innym.
Uruchomiłem YouTube.
Śmieszne wypadki.
Nic tak nie poprawia mi samopoczucia jak cudze nieszczęścia.
I piwo.
Zrobiłem łyk i zapaliłem papierosa. W głowie trochę mi się zakręciło, ale do przyjęcia.
Dopiero teraz zobaczyłem, że jest po godzinie 13.
Cały dzień przede mną.
Po wypaleniu papierosa i wypiciu piwa znowu miałem lekką banię.
Na stole przede mną leżały pusta butelka wódki, popielniczka prawie pełna i moja legitymacja policyjna.
Wstałem i wolnym krokiem poszedłem do sypialni. Usiadłem na łóżku i zacząłem przeglądać telefon.
Nie było nic nadzwyczajnego.
Podobno spóźniam się z alimentami.
Ktoś mi proponuje kredyt.
Przypomnienie o kończącej się subskrypcji. Nawet nie wiem czego.
Andrzej pisze, że dziś na służbie będę sam, że rozchorował się. Pizda, pomyślałem i rzuciłem telefon w poduszkę.
W sypialni mam drążek do podciągania. Spojrzałem na niego i prychnąłem. Poszedłem do kuchni.
W lodówce oprócz jeszcze jednego piwa i tej butelki wody nie było nic więcej.
Wziąłem piwo.
Otworzyłem zębami.
Wypiłem jedną trzecią na raz.
Otworzyłem okno.
Wychyliłem się przez nie.
Na dole jakieś smarkacze wracały ze szkoły.
Widziałem kilka siwych głów wystających z okien poniżej.
Monitoring osiedlowy.
Pieprzone staruchy.
W nocy spać nie mogą i dzwonią na policję.
Że ktoś hałasuje.
Że ktoś słucha głośno muzyki.
Zamknąłem okno i dopiłem piwo do końca.
Mogłem iść spać dalej.
Później zamówię obiad.
Teraz jednak łóżko.
Ruszyłem do sypialni, ale zatrzymałem się w progu.
Odwróciłem się.
Podszedłem do blatu i wziąłem kopertę.
Nie było nazwy, ani adresu nadawcy.
Jedynie odbiorca.
Mirosław Bąk.
Otworzyłem.
Ze środka wyciągnąłem kartkę wielkości pocztówki.
Na środku wydrukowano ładnie, falistym, jakby królewskim stylem:
DZIŚ UMRZESZ.

Komentarze