- Kamil Polka
- 25 mar
- 2 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 1 kwi
Na takie mecze nie lubię chodzić. W zasadzie to nie lubię, gdy mnie na nie wysyłają. Związek. Przecież sam z siebie nigdy bym nie przyjechał na takie zadupie.
Boisko odsłonięte z każdej strony. Wszędzie tylko pola i ten specyficzny, wsiowy zapach. Ptaki nad głowami latają, jakby szukały padliny. Z trybuny widać stado dżentelmenów siedzących pod sklepem na ławce. Każdy w dłoni ściska jabola. W ustach żarzącego się peta.
Żeby tu dojechać, musiałem ludzi przy polu pytać, gdzie jest boisko.
Nawigacja przestała działać. Internet ledwie śmiga.
Usiadłem jak najdalej od wszystkich.
Kibice obu drużyn obrzucają się groźnymi spojrzeniami. Klną pod nosem.
Mężczyźni piją puszkowe piwa i rozmawiają o ostatnim meczu. Kobiety nerwowo tupią butami o metalową trybunę, postawioną z pieniędzy zebranych przez księdza, który jest też trenerem gospodarzy.
Goście robią to samo. Dłubią przy tym słonecznik, a skorupki lądują na sztucznej murawie, która kosztowała krocie.
Kurde, derby. Mecz podwyższonego ryzyka.
Wziąłem ze sobą kamerę. Nigdy nie wiadomo. Jestem obserwatorem nie od dzisiaj i wiem, że warto ją mieć przy sobie. Kupiłem ją za własne pieniądze w lombardzie w centrum Warszawy. Miała kilka zadrapań, ale nic więcej.
Ksiądz proboszcz nieźle się tu urządził. A niezły z niego ananas. Na kurs nie chciał się zapisać. Twierdził, że on z ramienia Boga dzieci trenuje i nie potrzebuje legitymacji jakiegoś ZPN-u. Podobno dopiero jakiś biskup go przekonał. Że to ładnie będzie wyglądać. Ksiądz na kursie trenerów.
I przyszedł wtedy. Pamiętam. Też tam byłem.
Ubrany po cywilnemu siedział w pierwszej ławce. Zawsze.
Gęba mu się nie zamykała.
Znawca piłki.
Zadzwonił telefon. Odebrałem.
— No, aha… no, tak, jestem… tak, będę czujny… aha… no, nara.
Chcieli się upewnić, że jestem.
No kurde, pewnie, że jestem. Nie mogłem tego tak olać. Skargi na księdza były. Jakieś anonimowe telefony do związku. Chodziły plotki w środowisku trenerów.
Sprawdziłem, czy kamera jest naładowana. Była. Jak coś, to i tak mam dwie zapasowe baterie, bo krótko to cholerstwo trzyma.
Obie drużyny właśnie zaczęły wychodzić na rozgrzewkę. Stąd widziałem iskry. Widziałem zaciśnięte pięści i szczęki.
A sędziego nie będzie.
Wymyślono, że dzieci nie potrzebują.
Nikt nie pomyślał o trenerach.
Trener drużyny gości już teraz zaczął dyrygować. Tak głośno i wyraźnie słowa „SZYBCIEJ” nie słyszałem chyba nigdy. Nawet w łóżku z żoną. Nawet gdy ze starym tapetowałem pokój za małolata.
Normalnie dzieci powinny być zestresowane tym wrzaskiem, ale nie — nie te dzieci. One, jak psy przed walką, wściekle wykonywały rozkazy swojego nazi-trenera.
Boże kochany, gdzie ja jestem?
Na drugiej połowie boiska ksiądz, ubrany w jakiś parafialny dres, wymachuje rękoma i drze japę tylko odrobinę słabiej od swojego przeciwnika.
Jakbym się cofnął w czasie i był świadkiem przygotowań do wyprawy krzyżowej.
Chciało mi się palić, ale nie chciałem zmarnować pięciu lat bez szluga w ustach.
Ludzie na trybunach wrzucili drugi bieg. Wyciągnęli flagi i szaliki. Od kurew wyzywali przeciwników. Nawet sędziego, którego — kurde — przecież nie będzie.
Ktoś powiedział, że jakiś grubas jest na boisku. Ktoś inny odpowiedział, że grubas to twój stary.
Wyciągnięto race. Panowie próbowali śpiewać, ale za mało wypili, żeby to się mogło udać.
Zawodnicy ze swoimi trenerami wrócili do szatni na naradę.
Zaraz się zaczną igrzyska.
Zaraz poleje się krew.

Komentarze