- Kamil Polka
- 1 kwi
- 2 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 5 kwi
Miałem czternaście lat, gdy dostałem w twarz od trenera. Przy wszystkich. Przy kolegach z drużyny. Przy kolegach, którzy w drużynie nie byli.
Nawet kibice stali i patrzyli. Dorośli ludzie. Rodzice tych moich kolegów. Rodzice zawodników drużyny przeciwnej.
Wszyscy.
Ja nie wiem, czy widzieli. Nie wiem, czy zrobili wielkie oczy.
Nic nie widziałem.
Trener wyrzucił mnie z boiska.
Strzelił w twarz i kazał spierdalać.
Stałem i zza płotu oglądałem mecz. Dłubałem nerwowo słonecznik i obiecałem sobie, że w piłkę już nie zagram. Pragnąłem wymazać z pamięci to, czego się nauczyłem. Zapomnieć o tej wielkiej miłości zrodzonej na boisku między śmietnikami przed moim blokiem.
Mieliśmy dwa boiska. Drugie było lepsze. Większe. Za bramki robiły drzewa. Stamtąd też mnie wyganiano. Starsi chłopcy. Nie wiem dlaczego. Może uważano, że jestem obcy. Że my, mieszkający w bloku naprzeciwko śmietników, do których oni wyrzucają śmieci, nie możemy wchodzić na ich teren.
Ale ja i tak to robiłem. Do momentu, aż mnie wyganiano. Pokazywałem wtedy środkowy palec, trochę popłakałem i szedłem kopać w betonowe śmietniki.
No i po kilku latach ten trener.
Tydzień wcześniej w szatni zwyzywał mnie od brudasów i meneli. Bo buty miałem brudne. Nie przeczę. Miałem. Bo grałem wcześniej na boisku. Bo zawsze grałem. Nawet w snach rozgrywałem mecze.
Ogólnie w dzielnicy w tamtym czasie miałem trzy boiska, na których spędzałem całe dnie.
Między śmietnikami.
Między drzewami.
I ostatnie, najlepsze. Tzw. „Górnicze”. Szkolne boisko zbudowane z żwiru i w niektórych miejscach wystających betonowych bloczków.
Wracając do domu z jakiegokolwiek z nich, wyglądałem, jakbym wleciał do beczki z farbą. Usmarowany na czerwono, na czarno, na brązowo.
Mój kumpel miał czyste buty. Zawsze. Ale on nigdy ze mną na boisko nie chodził.
I zwyzywał mnie wtedy. Wbił obelgami w podłogę tej małej szatni, w jakimś miejscu, do którego autobusem jechaliśmy godzinę. Wstyd mu było, że brudne buty były.
Łzy mi stanęły w oczach. Koledzy milczeli. A on stał nade mną i wrzeszczał. Trener dzieci i młodzieży.
Nie poszedłem na żaden trening po tym meczu. Już samo to było dla mnie ciosem. Jakbym walczył z nałogiem. Jakbym nie mógł dostać działki hery.
Ale na mecz postanowiłem iść. W roli kibica. Zobaczyć, jak drużyna sobie radzi. Kibicować kolegom. Trzymać za nich kciuki. Wesprzeć ich na duchu.
I zobaczył mnie wtedy trener.
Drużyna stała już na boisku.
Sędzia szykował się do rozpoczęcia meczu.
Bramkarze obu drużyn w gotowości między słupkami.
Kibice wyciągnęli swoje paczki ze słonecznikiem. Otworzyli puszki. Zdjęli kapsle.
– Nie chcę już trenować – powiedziałem.
Uderzył mnie. Nie musiał mocno.
Niektóre ciosy bolą całe życie.
Teraz ja jestem trenerem. Stoję w szatni. Przede mną dziesięć dziecięcych twarzy patrzy jak na Boga.
Jedno patrzy inaczej.
Boi się.
Patrzy w podłogę.
Buty ma wypastowane. Włosy ulizane na bok. Sam sobie tego nie zrobił.
On wie, że dziadek był moim trenerem.

Komentarze