- Kamil Polka
- 18 sty
- 2 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 28 sty
Pogarda dla świata rosła w nim każdego dnia. Pochłonęła go zupełnie. Była jak woda po intensywnych deszczach wypełniająca koryta rzek.
Coraz częściej zbywał swoich najbliższych poddanych. Coraz częściej rezygnował ze swoich rozrywek, by siedzieć w samotności. W wielkiej sali. Na wielkim tronie. Tronie na którym, żaden król przed nim wcale nie siedział. Nieruchomo. Z oczami zamkniętymi. W ciemnościach.
Dumał wampirzy król o którym wszyscy zapomnieli. Król, którego nie bano się wcale. Król, który swoją moc między innymi czerpie ze strachu tych, którzy stoją przed nim.
Coraz mniej ich. Coraz więcej głupców, którzy myślą, że stają przed starcem. Słabym. Zmarszczonym jak wysuszony owoc.
Słabym?
Wiedział, że świat się zmienił. Oczywiście. Wiedział to najlepiej ze wszystkich. Wraz z krwią swoich ofiar przyswajał nową wiedzę. Prymitywną jak ci ludzie.
Prymitywni.
Dzisiejszy świat nie patrzy w głąb. Patrzy w to, co z wierzchu. Ocenia skorupę. Ocenia skórę. Ocenia to, co najmniej trwałe.
Głupcy.
Aleksander wstał. Powoli zszedł po schodach. Czuł na sobie wzrok tych, którzy jak szczury przed powodzią chowają się za filarami. Jednym pchnięciem otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz. Zimny powiew wiatru rozwiał pelerynę. Księżyc jak ci tchórze za nim schowany za chmurami. Ruszył przed siebie. Przeskoczył przez bramę. Wylądował na chodniku.
Noc nie była cicha jak dawniej. Szum samochodów. Tupot stóp po betonie. Głośne rozmowy. Dźwięki muzyki wydobywające się z przejeżdzających aut.
Ludzie omijali go jak trędowatego. Rozmawiali ze sobą. Rozmawiali przez telefony. Krzyczeli do nich.
Szedł powoli. Gdyby potrafili patrzeć głębiej, omijaliby go. Przechodziliby na drugą stronę.
Ślepcy.
Widzieli jedynie wysokiego zakapturzonego dziwaka. Menela. Pijaka.
Idioci.
Nie chował się. Już nie. Wszedł między ludzi jak dawniej. Chciał, żeby krzyczeli. Żeby bali się go.
Nic takiego się nie działo. Ludzie już się nie boją.
Gardzą mną.
Doszedł do przystanku. Ludzie przyklejeni do telefonów. Nie widzą go. Nie patrzą. Nie dostrzegliby meteorytu lądującego im pod stopami.
Stanął z nimi. Jakby też się gdzieś wybierał.
Ściągnął kaptur. Jego łysa głowa wyglądała jak ten księżyc w pełni wyżłobiony kraterami. Poprzecinana granatowymi żyłami. Czerwone oczy świeciły jak światła na skrzyżowaniu.
- Patrzcie na mnie.
Od niechcenia ludzie podnieśli głowy. Niezadowoleni, że ktoś im zaburzył rytm.
- Patrzcie na mnie.
Kilka telefonów się podniosło. Jaki brzydal, ktoś rzucił. Jakiś chory, powiedział ktoś inny.
- Patrzcie teraz. Patrzcie uważnie.
Aleksander chwycił najbliżej stojącego grubego mężczyznę za szmaty. Przyciągnął go do siebie.
- Co robisz? Co robisz? Puść mnie do cholery.
Telefony skierowane na nich. Byli jak na scenie. Jak w teatrze.
- Puść go. Puść go. Bo wezwiemy policję
Nikt nie dzwoni. Wszystkie telefony kręcą. Wszystkie aparaty w ciężkiej harówie.
Aleksander uśmiechnął się odsłaniając ostre jak katana zęby. Nie śpieszył się. Bez wysiłku utrzymywał próbującego się wyrwać faceta, zupełnie jakby w rękach trzymał balon z helem. Powoli nachylił się jak do namiętnego pocałunku. Facet krzyczał niczym świnia przy porodzie. Po jego szyi zaczęła płynąć krew. Intensywnie czerwona. Jak te ferrari o którym marzył kilka minut wcześniej.
Ja pierdziele, ktoś krzyczał. Ale jazda, ktoś wołał. Zostaw go, pojebie, ktoś skrzeczał.
Ciało runęło na chodnik. Aleksander uśmiechnął się i ukłonił jak po dobrym widowisku aktor. Odwrócił się i tym samym powolnym krokiem co wcześniej ruszył dalej.

Komentarze