top of page
  • Zdjęcie autora: Kamil Polka
    Kamil Polka
  • 22 kwi
  • 5 minut(y) czytania

Stoję na scenie. Obok mnie inni, których nie znam. Trener się cieszy najbardziej. Skacze i ściska każdego. Rodzice gniotą mu rękę. Gratulują. Dziękują, że tyle dla nas zrobił. Pani dyrektor trzyma puchar. Pani z polskiego – medale.


Aula jest pełna. Mama i tata siedzą w samym środku. Ona płacze. On wcale.

Zobaczymy co będzie potem.


– A oto nasi zwycięzcy – powiedziała pani dyrektor.


Wszyscy klaszczą. Czerwienię się. Wszyscy wstali. Ktoś gwiżdże. Czuję się jak w cyrku. Jestem małpą. Zaraz zrobię sztuczkę.


– Pierwszy raz wygraliśmy puchar! Nasza szkoła okazała się najlepsza! Chłopcy wygrali wszystkie mecze.


Po każdym zdaniu ktoś krzyczał: „Brawo! Jesteśmy z was dumni! Najlepsi. Za rok powtórka”.


Wręczono medale. Na końcu puchar. Kazali podnieść go do góry. Skakać. Uśmiechać się. Robiono zdjęcia. Ktoś kręcił film.


Otoczyli nas rodzice.


– Mamy dla was niespodziankę.


Wszyscy się cieszą. Ktoś mówi, że wie, co to takiego, ale nam nie powie. Przewracam oczami. W tłumie ludzi szukam Kasi. Nie ma jej. Pewnie stoi z tyłu. Zasłonięta innymi. Albo wyszła.


– Spotkamy się na miejscu – słyszę jakiegoś rodzica.


Ktoś ciągnie mnie za rękę. To mama. Uśmiecha się. Całuje. Tata klepie po ramieniu. Stoi jak paw. Strzeliłem dwie bramki. Jeszcze dziś wszystkich obdzwoni. Taki jest dumny. On też grał. W Ekstraklasie. Ale przez chwilę. Powiedział, że nie miał takiego wsparcia, jakie ja dostanę.


Wsiadamy do auta. Mama prowadzi. Wiem dlaczego.


– Gdzie jedziemy?


– Oj, zobaczysz!


Podjechaliśmy pod centrum handlowe. Też mi niespodzianka. Weszliśmy do środka i poszliśmy na kręgielnię. Tak też myślałem.


– Zasłużyliście na nagrodę – powiedział tata.


– Musimy tu być?


Tylko spojrzał. Mogłem pytać mamę. Teraz już lipa.


Przez dwie godziny grałem w kręgle z ludźmi, z którymi grać nie chcę. Było głośno i nieprzyjemnie. Tata pił piwo z tatami innych. Mama tym razem nic nie mówiła.


– W przyszłym miesiącu mamy testy w Legii.


To tata. Czerwony na twarzy. Spocony. W jednej ręce trzyma piwo, w drugiej kulę.


– Potrzymaj! – mówi do mamy, wręczając złotą szklankę.


Ja gram na innym torze. Dobrze mi idzie. W sumie to najlepiej. Teraz siedzę w boksie i myślę, że to jest moje przekleństwo. To, że wszystko przychodzi mi tak łatwo. Mój brat nie umie nic. Siedzi tylko w domu i gra na kompie.


Podchodzi pan Mirek. Nasz trener i nauczyciel wuefu.


– Testy w Legii, co? Poważna sprawa. Wszyscy na ciebie liczymy.


Liczymy? Chciałem zapytać, ale poszedł. Tatowie go zawołali. Na następną kolejkę. Myślałem, że będzie rzucał, ale się myliłem.


– Kamil, teraz twoja kolej.


Wziąłem kulę. Zbiłem wszystkie i usiadłem. Coś do mnie mówili, ale nie słuchałem.


Skończyliśmy grać. Oddaliśmy buty w recepcji. Wszyscy stanęliśmy przed wejściem. Żegnano się. Nie wiedziałem nawet, jak na imię mają te dzieci. Ci moi koledzy z drużyny. Skąd miałem wiedzieć, kto kogo jest rodzicem? A oni wszyscy gratulowali mi. Wróżono świetną karierę. Mówiono, że w Legii na pewno mi się uda.


– Kto powiedział, że ja tam idę? – raz odpowiedziałem.


Zaśmiał się facet i stwierdził, że niezły żart.


Godzinę wracaliśmy. Mama zaparkowała pod blokiem. Wyszliśmy i poszliśmy do domu. Od razu ruszyłem do swojego pokoju. Wojtek grał w Fortnite. W słuchawkach. Nawet nie zauważył, że wróciliśmy.


Puknąłem go w głowę.


– Jak ci idzie? – zapytałem.


– Tak sobie. A tobie?


Wzruszyłem ramionami.


Weszła mama.


– Jadłeś coś?


Pokręcił głową.


Mama zamówiła pizzę. Dwie. Siedzimy w kuchni przy stole. Wojtek bawi się telefonem. Tata rozmawia z babcią. Mówi, że idziemy do Legii.


Czekam, aż skończy. I zanim zadzwoni do reszty, mówię, że ja nigdzie nie idę.


Wojtek odłożył telefon. Mama nie przestała jeść. Tata wziął kolejny kawałek.


– Ja nigdzie nie idę. Nie będę grał w piłkę.


Wojtek dyskretnie podnosi telefon. Kieruje go w naszą stronę. Mama nie przestaje jeść, ale uśmiecha się. Tata żuje.


– A ja mówię, że będziesz.


Jakby nigdy nic. Bez krzyku. Nawet w oczy mi nie spojrzał. Jak mam się postawić, skoro nawet szansy mi nie dają?


– Mamo!?


Mama patrzy na tatę. Tata wzdycha.


– To jest dla nas szansa. Ja grałem. Twój dziadek też grał. Testy są w przyszłym tygodniu, ale to formalność. Rozmawiałem z trenerami. Oni cię chcą już teraz. Za rok wskoczysz do drużyny seniorów. Podpiszesz profesjonalny kontrakt. Facet! Będziesz kimś.


– Mamo?!


Nie reaguje, ale w końcu nie może znieść mojego błagalnego wzroku.


– Na dobre ci to wyjdzie.


Wstaję i ruszam do swojego pokoju.


– Do jutra mu przejdzie – słyszę głos ojca.


Wracam. Staję przed nimi. Podnoszę wysoko brodę. Nie płaczę. Nigdy nie płaczę przy innych.


– Jutro mam przesłuchanie do filmu. Będę aktorem. Nie będę grał w piłkę.


Wracam do pokoju. Włączam telewizor. Za chwilę przychodzi Wojtek. Siada obok.


– Co ty wygadujesz? Ty i aktor?


– Już grałem. Nawet nie wiecie.


Powiedziałem mu. Nie wiem, czy zrozumiał. Poszedł do komputera i włączył Fortnite.


Wstaję rano. Jest 8. Sobota. Za dwie godziny mam przesłuchanie. Wojtek już gra. Albo wcale nie skończył. Wchodzę do kuchni. Rodziców nie ma. Są w pracy. Tata na warsztacie. Mama w salonie kosmetycznym. Idę do łazienki. Myję twarz i zęby. Włosy mam rozczochrane. Nie układam ich. Artystyczny nieład będzie jak najbardziej na miejscu. Wracam do pokoju i się ubieram. Przed wyjściem się załatwiam. Nic nie piję i nie jem.


Stoję na przystanku. Podjeżdża tramwaj. Wsiadam i jadę pół godziny. Głos w tramwaju oznajmia, że jesteśmy na przystanku Teatr. Wysiadam. Zupełnie nie czuję stresu. Jakbym był do tego stworzony. Polski Anthony Hopkins to ja. Wchodzę do środka. Pani w recepcji mówi, że przesłuchanie jest na piętrze. Wchodzę po schodach. Tam gromada ludzi. Podchodzę do nich.


– Jest kolejka? – pytam.


– Nie. Wołają według listy.


– Dzięki – mówię i siadam na podłodze pod ścianą.


Jestem wyluzowany. Wyciągam telefon i przeglądam TikToka. Tłum się zmniejsza. Niektórzy wychodzą z płaczem. Inni z pewnością, że to ich wybiorą. Ja tam wiem swoje. Mijają cztery godziny. Ludzie zniknęli. Jestem tylko ja. Nikt mnie nie woła. Wstaję. Podchodzę do drzwi. Pukam i wchodzę.


– Dzień dobry. Nazywam się Kamil Kozak. Jestem na liście.


Kobieta stojąca najbliżej wzdycha i podnosi tablet.


– Miało pana nie być – mówi w końcu.


– Słucham?


– Zadzwoniła mamusia i powiedziała, że nie wyraża zgody.


– Nie rozumiem.


– Ja też. Przykro mi.


Wychodzę. Puszczam ciężkie drzwi. Same trzasnęły. Przechodzę obok recepcji.


– Jak poszło? – słyszę.


Wychodzę na zewnątrz. Chmury zasłoniły słońce. Spadną zaraz na ziemię. Jestem taki mały. Odchodzę kilka metrów. Obracam się. Podnoszę głowę.


TEATR


Po policzku cieknie mi łza. Jedna. Myślę, że zostaliśmy sami. Ja i ta łza. Odwracam się i powoli ruszam w kierunku przystanku. Idę wzdłuż torów. Czuję ścisk w środku. Smutek wszedł we mnie. Jest jednym z narządów. Można go wyciąć i zbadać.


Do przystanku sto metrów. Za plecami słyszę tramwaj. Obracam się. Patrzę maszyniście w oczy. Zaczyna hamować.

Komentarze


bottom of page