- Kamil Polka
- 30 sty
- 1 minut(y) czytania
Podał Andrzej do Romana, następnie zwyzywał go od najgorszych.
Że się nie rusza. Że stoi w miejscu jak cep.
Patrzę na Romana. Myślę sobie, że żaden z niego cep. Ma chyba z 70 lat, to wszystko.
Zimno jest. Ubrałem się ciepło. Czapka, rękawiczki, termo pod spodenkami, termo pod bluzą.
Biegam jak wariat, więc daję radę. Paruje ze mnie jak ze studzienki kanalizacyjnej w Gotham.
Piłki nie mam zbyt często, nie znają mnie, wolą sami zdecydować o wyniku.
Ja się nie złoszczę. Ja tu jestem dla relaksu.
Ktoś krzyczy do Andrzeja, żeby zapalił światło.
Śmieję się.
Każdy gospodarz to Andrzej. Znam takich sporo.
Jakiś Wiesiek przyszedł z synem. Postawił go na bramce.
Nie wiem po co. Grać nie umie, a tym bardziej bronić.
Dziesięciu facetów z jego drużyny patrzy na niego spod byka.
Wieśka się pytają po co go wziął. Wiesiek nie wie, albo wie, ale milczy.
Ośmiu facetów z mojej drużyny bez ceregieli wrzeszczy, żeby strzelać z dystansu, że młody nie umie bronić, że jest daremny.
Mam piłkę, strzelam, młody łapie, i dobrze.
Jakiś facet podbiega do mnie, macha łapami mi przed nosem.
Pyta, dlaczego mu nie podałem.
Uśmiecham się i wracam na swoją połowę.
Leci za mną. Musi wiedzieć. On musi wiedzieć.
Nie zwracam na niego uwagi. Pobiegłem jeszcze raz do przodu.
On już nie mógł.
Granie dobiega końca. Chyba jeszcze pięć minut. Tak mówił Andrzej. Nie wiem który.
Zaczyna się kłótnia, jak co tydzień.
Ile jest?
Niemożliwe.
Jednym dla nas.
Chyba remis.
Dobra, kuwa, kończmy to.
Dawać jeszcze chwilę.
Kto strzeli wygrywa!
Ta, jak było chyba pięcioma dla nas.
Andrzej gasi światło.

Komentarze