- Kamil Polka
- 26 sty
- 1 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 28 sty
Droga do zamku była długa i powolna. Za nim, kilku śmiałków biegło z telefonami wyciągniętymi w rękach. Coś wrzeszczeli, ale nie do niego. Do telefonów. Prowadzili transmisje. Na żywo. Dla fanów.
I dobrze, pomyślał. Niech kręcą. Kiedyś by lecieli z krzyżami w dłoniach. Z wodą święconą w butelkach. Z kołkami przy biodrze.
Dziś biegną z telefonami. Kręcą. Niczego się nie boją. Wszystko jest wydarzeniem, wszystko jest atrakcją.
Niech idzie w świat, pomyślał. Niech się rozejdzie. Znajdą się i tacy, co się boją. Znajdą się tacy, co sami przyjdą.
Chciał żeby było jak dawniej. Właśnie tak, jak powinno być.
Był już prawie przy bramie, gdy stanęli przed nim ci sami, którzy całą drogę biegli za nim.
- Powiedz coś!
- Jesteś wampirem?
Szaleńcy, pomyślał. Głupcy. Idioci.
- Mieszkasz w zamku?
- Ilu was jest?
- Co tam robicie?
- Pijecie krew?
- Ten facet też teraz będzie wampirem?
- Krwiopijca i wampir to to samo?
- Chodźcie za mną - powiedział.
Poszli, potulnie jak baranki. W życiu nie było prościej. W życiu by nie podszedł z taką łatwością swojej ofiary.
Musiał grozić, albo obiecać.
Przez setki lat obiecywał litość.
Przez setki lat groził śmiercią.
Byli w zamku.
Młodzi z telefonami, z rozwartymi ustami, kręcą się, kamerują, mówią do obserwujących. Zachwycają się wszystkim.
Pozdrawiają z zamku. Zapewniają, że z domu Draculi.
Aleksander usiadł na tronie.
Puścić, czy nie puścić?

Komentarze