top of page
  • Zdjęcie autora: Kamil Polka
    Kamil Polka
  • 15 kwi
  • 4 minut(y) czytania

Chyba znowu mam 10 lat. Stoję w różowych majtkach. W tych samych, w których zrobiono mi tamto zdjęcie. Pada na mnie promień światła. Światło reflektorów. Jestem na scenie. Gram w filmie, w którym grać nie chcę. Do którego mnie zmuszono. Z którego nie mogę zrezygnować. Mam 10 lat i znowu się ze mnie śmieją. Na ulicy obcy ludzie wskazują na mnie palcami. Chichoczą, mijając mnie. Mówią: cześć, Jasiek! Co dziś ubrałeś? Dalej mam 10 lat i pani z sekretariatu puszcza mi oczko i głaszcze po ręce. Ludzie na trybunach podczas naszego meczu machają nad głowami różowymi majtkami, różowymi spodenkami, różowymi szmatkami.


Kolejka się przesuwa. Kurde, kolejka u fotografa w tych czasach. Tylko mnie to mogło spotkać. Jestem drugi. Zaraz moja kolej. Usłyszę: w czym mogę pomóc? I co mam powiedzieć? Zejdziemy, proszę pana, do piwnicy, tak żebyśmy byli na pewno sami, tak żeby na sto procent nikt nas nie widział, weźmie pan aparat ze sobą, ale bez świateł, bez tych pieprzonych lamp, i cyknie mi pan zdjęcie do dowodu w kapturze, najlepiej z pochyloną głową. To mam mu powiedzieć?


- Słucham pana - słyszę.


Serce bije mi tak mocno, że zaraz wyląduje na ladzie. Oddech mam płytki. Gdy zaczynam mówić, głos mi drży.


- Potrzebuję… zdjęcia… do… dowodu - mówię.


- Świetnie. Dostanie pan cztery zdjęcia. Odbiór jutro po 15. Płatność przy odbiorze.


Kiwam głową. Mokre od potu dłonie wycieram w spodnie. Widzi to, ale milczy.


- Płatność… kartą… czy… gotówką? - pytam i wyciągam portfel.


- Lepiej kartą, ale gotówką też może być. Ale to jutro. Przy odbiorze. Taka zasada firmy.


-Aha… okej - mówię, ale i tak wyciągam portfel.


Trzymam go przez chwilę w ręku. Patrzę facetowi w twarz i jestem pewien, że on mnie poznał. Tysiąc kilometrów od miejsca, w którym się wychowałem. Dwadzieścia pięć lat później. On wie. On zna mnie.


- Panie! Ale zdjęcia trzeba zrob…


Jestem już na zewnątrz i myślę, że dowód wcale nie jest mi potrzebny. Wmawiam to sobie, ale to nieprawda. Potrzebuję go, bo stary zgubiłem.


Idę chodnikiem. Po lewej stronie sznur aut na chodniku, po prawej stara kamienica wymagająca renowacji. Natychmiastowej. Jeszcze chwila i pan fotograf będzie się musiał z niej wynieść. Mijam sklep z firanami, sklep z farbami, jakieś biuro rachunkowe. Mijam sklep spożywczy.


Wracam. Staję przed drzwiami Żabki. Wchodzę do środka. Dzwonek. Pieprzony dzwonek.


Pięcioro ludzi stojących w kolejce patrzy, kto wszedł. Zza regałów wychylają się jeszcze dwie głowy. One też muszą zobaczyć. Pani ekspedientka uśmiecha się szeroko i wita mnie jak króla po powrocie z wojny. Czerwienię się i zgarbiony czmycham jak szczur do lodówki na samym końcu.


Jest ciasno. Przeciskam się między regałem a zostawioną paletą z poukładanymi na niej wodami mineralnymi. Z lodówki biorę czteropak i idę do kolejki.


Wszyscy czekają, aż sprzedawczyni ich skasuje, a obok jest, kurde, kasa samoobsługowa. Tym drżącym głosem pytam: czy mogę? Kobieta przede mną też się uśmiecha i mówi: tak, proszę!


Robi mi miejsce przy tym samoobsługowym skanerze. Podnoszę czteropak do góry, biorę w jedną rękę pistolet i strzelam laserem. Pikło.


- Zaraz podejdę - mówi, cały czas się uśmiechając nad ułożonymi na ladzie wafelkami, cukierkami, gazetkami i gumami.


Co, kurde?


Ludzie przede mną obracają się. Wyglądają inaczej. Zaraz mnie zabiją. Patrzą na piwska w mojej ręce. Jeden gość zerka na zegarek. Kiwa głową i krzywi ryj. Podchodzi ekspedientka, coś naciska i odchodzi. Mogę zapłacić. Chcę to zrobić kartą w telefonie, ale nie pamiętam, jak się go odblokowuje. Naciskam wszystko. Już nie jestem czerwony. Jestem jak burak. Czuję ten pot ściekający mi po plecach. Wzrok tych ludzi. Kiwają głowami. Wyzywają od pijaków, od alkoholików. Udaje się. Mam, chociaż dalej nie wiem, jak to się robi. Płacę i wybiegam. Szturcham staruszkę wchodzącą do środka.


Jestem na chodniku. Biegnę na pasy. Czekam na zielone. Jest. Przebiegam między ludźmi. Lecę do parku. Dokładnie naprzeciwko fotografa. Siadam na ławce w głębi. Żeby mnie policja nie złapała.


Otwieram pierwszą puszkę. Po czwartej wypitej wstaję i bekam. Nie chwieję się, ale lekko buja. Głodny jestem jak wilk. Muszę zeżreć jakiegoś kebaba. Ale najpierw zdjęcie. Po to to robię.


Idę. Zatrzymuję się przed wejściem. Przez szybę widzę pana fotografa. On też mnie widzi. Uciekam. Wbiegam do Żabki. Chcę wódkę i sok.


- Którą? - pyta ekspedientka.


Palcem wskazuję tę z kieliszkiem. Nie chcę reklamówki. Płacę kartą w telefonie. Tym razem bez problemu. Chwytam jak dwa miecze butelkę wódki i sok i wybiegam ze sklepu. Już nie idę na pasy. Przebiegam w niedozwolonym miejscu. Auta trąbią, ktoś krzyczy przez otwarte okno. Siadam na tej samej ławce. Rozpakowuję to, co mam. Zaczynam.


Nie idę na pasy. Przechodzę na czworaka przez ulicę. Auta się zatrzymują, ale nikt nie trąbi. Nikt nie krzyczy. Podnoszę głowę. Widzę telefony skierowane w moją stronę. Błyski fleszy.


- Ta, kurwa, teraz cykajcie!


Docieram na drugą stronę. Znów będę gwiazdą internetu. Jestem przy drzwiach do fotografa. Przy ścianie udaje mi się wstać. Przyciskam twarz do szyby, ale w środku nikogo nie ma. Światło jest zgaszone. A ja muszę zrobić, kurde, zdjęcie do dowodu. Zaczynam walić w drzwi. Krzyczę na całe gardło. Ludzie dookoła zatrzymują się. Dalej kręcą. Dalej robią zdjęcia.


- A pewnie, kurwa! Kamerujcie!


Walę. Walę z całych sił. Z kieszeni wyciągam kieliszek. Rzucam nim w szybę, ale tylko się odbija i ląduje na masce samochodu zaparkowanego przed sklepem. Włącza się alarm. Słychać syreny. Słyszę trzaśnięcie drzwi.


- Muszę zrobić zdjęcie do dowodu! Tylko zdjęcie! Nic więcej! Zapłacę telefonem. Umiem odblokować!


Ale to nie fotograf.


Ktoś łapie mnie za ramię. Ktoś inny każe się odsunąć.


- Jestem facetem ze zdjęcia! Pamiętacie? Ten w różowych majtkach. Pamiętacie?


- Jedziemy na izbę - słyszę.


-Najpierw zdjęcie! Do dowodu! Na trzeźwo nie dam rady!

Komentarze


bottom of page