top of page
  • Zdjęcie autora: Kamil Polka
    Kamil Polka
  • 24 lut
  • 6 minut(y) czytania

Obudziły mnie dźwięki zza ściany. Państwo z naprzeciwka znowu wyjechali na weekend. Znowu zostawili dzieci same. Nastolatki. Od rana puszczają muzykę. W nocy też hałasowali. Kilka razy ubierałem kapcie z zamiarem wyjścia na korytarz. Zapukania do nich i rzucenia im kilkoma obelgami w twarz. Za każdym razem mówiłem sobie, że zaraz skończą. Że młodzi są, że się zmęczą. Głupi ja. Właśnie dlatego są niezmordowani. Też taki byłem.


Pod nosem kurwuję i wstaję. Zza ściany słyszę Pezeta. Tyle dobrze.

Otwieram drzwi wejściowe. Na wycieraczce leży Gastro Paczka. Biorę ją i się prostuję. Groźnym wzrokiem patrzę na drzwi sąsiadów. Drżą od basów. Zamykam i idę do kuchni. Włączam JBL Flip 5 i puszczam swoje. Niech leci Kajman. Dawno nie leciał.


Wyciągam pojemniki z torby. Na śniadanie tyle co pies napłakał. Widelcem nakłuwam folię i wsadzam do mikrofali. Chyba trzy minuty. Codziennie nie pamiętam. Włączam ekspres. Robię podwójne espresso. Idę do łazienki.

Myję gębę, pachy i moczę włosy. Wcale nie pomogło. Czuję się jak wypluty koci kłaczek. Mikrofala melduje koniec. Biorę tackę. Kładę na niej plastikowy pojemnik z budyniem i kubek z kawą. Z apteczki w której mam mnóstwo przeterminowanych lekarstw biorę Apap max i rzucam obok. Idę do dużego pokoju jak kelner. Odkładam tackę i wracam do kuchni po telefon i głośnik. Leci Nie lubimy robić.


Włączam telewizor i kompilacje skrótów wczorajszych meczy ligi hiszpańskiej. Powoli zjadam śniadanie. Próbuję oszukać mózg. Myślę, że czym dłużej tym bardziej się najem. W co drugim meczu kontrowersja. Tam chyba nie dostali instrukcji obsługi do systemu VAR. Kończę kawę. Zapijam wodą z gwinta Apap. Patrzę na zegarek. Mam jeszcze godzinę.

W tym czasie robię sto pompek i podciągam się dwadzieścia razy na drążku. Wchodzę na wagę, która z każdym dniem pokazuje mniej. Leci, Jak młody bóg.


W dużym pokoju siadam przed laptopem. Skróty dalej lecą. Otwieram plik z protokołem meczowym. Uzupełniam prawidłowo i drukuję. Dopiero teraz ustalam skład. Tych, których nie było na piątkowym treningu daję na ławę. Niech siedzą. Wiem, że to nie jest najważniejsze, ale myślę o zwycięstwie. Patrzę na skład wyjściowy. Modyfikuję go pod zwycięstwo. Nie mogę się powstrzymać. Nie z nimi. Derby dziesięciolatków są ważne. Ustalam stałe fragmenty gry, kapitana i jestem gotowy. Wciskam się w slim fit ubrania trenera. Brzuszek już nie odstaje.

Wyłączam wszystko. Uchylam okna. Do plecaka ładuję teczkę z dokumentami. Sprawdzam czy mam klucze z klubu, opaskę kapitana i zamrażacz. Ubieram buty do biegania i zakładam słuchawki JBL. Obok drzwi sąsiadów walczę ze sobą, żeby nie jebnąć z buta. U mnie Kajman rapuje, Dobry chłopak.


Idę do piwnicy i wyciągam rower. Wychodzę na zewnątrz i dostaję w twarz chłodnym powietrzem. Jestem tak niewyspany, że nawet to nie pomaga. Jadę szybko i jestem prawie na styk. Kilku chłopaków już siedzi na murku. Witają mnie głośnym Dzień dobry trenerze. Odpowiadam głośno i z uśmiechem. Jestem świetnym aktorem. Mówią z kim gramy, które mamy miejsce i że Wojtka nie będzie. Idę do pokoju trenerów i zerkam w telefon. Faktycznie. O 4 rano matka Wojtka pisała, że wyjeżdżają.


W pokoju już czeka na mnie torba ze strojami. Idę do pokoju gospodarza. Mówię mu, że za godzinę mam mecz. Patrzy na mnie tym swoim niedzielnym wzrokiem. Podnosi się ociężale. Przechodzi obok mnie. U niego sobotni wieczór trwa nadal. Bierze klucze i wychodzi. Wracam do pokoju trenerów i biorę torbę ze strojami. Idę do szatni w której już siedzi drużyna. Słyszę, że Wojtka nie będzie. Daję im klucz z szatni i mówię, że idę na boisko.


Jestem przed gospodarzem. Stoję przed bramą i patrzę na niego groźnie. Mówi, że wczoraj pierwsza grała i znowu zjebali. Nic nie odpowiadam. Otwiera bramę. Wchodzę do środka. Obok kosza na śmieci leżą puste butelki po browarach. Wrzucam je do środka. Wyciągam sprzęt z magazynu. Otwieram szatnie dla gości i pokój dla sędziego. W środku uchylam okna, żeby nie zemdleli. Wysyłam wiadomość trenerowi gości, że mają szatnię na sztucznym.


Biorę piłki, talerzyki i rozkładam rozgrzewkę. Z daleka widzę przyjezdnych. Chyba tysiąc. Cała wioska. Mają szaliki i chorągwie. Gdy wchodzą przez bramę wrzeszczą Sparta. Podchodzi trener i się wita. Z nim jego asystent, fotograf i masażysta. Podchodzi jeszcze kierownik drużyny i mówi część trener, fajne macie boisko.

Gdy znikają pojawia się moja drużyna. Biorą piki i ładują w bramkę. Daję im chwilę. Idę do magazynku i biorę wodę dla siebie i piłkę meczową. Taka niespodzianka od prezesa. Dostrzegają od razu. Będziemy nią grać? To dla nas? Możemy zobaczyć? Daję im ją i idę na ławkę rezerwowych. Przez chwilę obserwuję.


Kibice drużyny gości zajęli pół trybuny. Mają trąbki. Mam nadzieję, że nie race. Idą też nasi. Całymi rodzinami. Spokojnie. Bez krzyku. Z pustymi rękoma. Patrzą na bojówkarzy Sparty i wiem, że też by tak chcieli. Widzę sędziego. Uśmiecham się. Dziś mam szczęście. On wie o co chodzi. Idę do niego. Zostawiam formularz, pieniądze i klucz. Pyta czy zaczynamy według planu. Mówię, że tak byłoby najlepiej. Wracam na boisko i gwiżdżę. Zaczynam rozgrzewkę. Moja w porównaniu z rozgrzewką gości jest amatorszczyzną. Tam wszyscy krzyczą. Wszyscy biorą udział.  Łeb mi pęka. Moi grają w dziadka. Z plecaka wyciągam wodę i Apap. Proszę o ratunek.


Po dwudziestu minutach idzie sędzia. Moi są rozluźnieni i uśmiechnięci. Rozmawiają o Fortnite i o kartach z Fify. Piłki leżą w worku. Meczowa na środku czeka. Widzę jak sprawdza ją sędzia. Widzę, że jest pod wrażeniem. Też pamięta te Selecty.


Dopiero teraz rozgrzewkę kończą goście. Trener nie przestaje krzyczeć. Przybija im piątki. Zagrzewa do boju. To samo na trybunach. Biją dzwony kościelne, ale ich nie słychać. Jedynie SPARTA SPARTA.


Siadamy w kółku. Rozmawiamy. Chłopcy mówią mi jak gramy. Do przodu. Bez strachu. Jak we śnie. Jakby wszystko było możliwe. Uśmiecham się. Wstajemy. Robimy kółeczko. Okrzyk i jesteśmy gotowi.


Życzę trenerowi powodzenia. Ma szczękościsk i plamy potu na koszulce. Gra na śmierć i życie. Rozbrzmiewa gwizdek. Moich czterech rezerwowych idzie na drugą połówkę. Podbijają do stu. Dopiero wtedy mogą strzelać.


Nie słyszę swoich myśli. Trener gości stoi pięć metrów ode mnie. Po meczu struny głosowe będzie miał do wymiany. Mówię, żeby poszedł na swoją stronę. Jasne, jasne trener, mówi i idzie. Mikołaj dostaje piłkę i strzela. Piłka wlatuje w okienko. Chłopcy przybijają sobie piątki. Mikołaj patrzy na mnie. Chce się upewnić, że widziałem. Mówię, że bramka marzenie. Trener znowu stoi bliżej niż powinien. Słyszę jak kurwuje pod nosem. Zmienia swojego bramkarza i mierzy go wzrokiem. Nie przybija mu piątki i każe usiąść na ławce rezerwowych. Mówię sobie, nie twoja sprawa.


Strzelamy czwartą bramkę. Drużyna gości jest tak słaba, że nie potrafi wyjść za połowę. Robię zmiany. Kombinuję z ustawieniem. Chcę utrudnić. Nie wiem po co są takie mecze. Kolega trener jest w furii. Krzyczy na sędziego. Wrzeszczy na swoich dziesięcioletnich profesjonalistów. Moi strzelają dalej. Cieszą się. Mówię sędziemu, że ściągam dwóch. Będziemy grać o dwóch mniej. Trener syczy, że ni chuja. Niech się nauczą grać, mówi.


Podchodzę do niego w przerwie. Mówię, że ściągam dwóch i nic mu do tego. Patrzy na mnie wściekle. Zastanawiam się nad kilkoma ciosami, których nauczyłem się na krav maga. Idę do sędziego. Mówię mu co postanowiłem. Mówi, pewnie, wiadomo. Wracam do swoich. Szybko ustalam, że na drugiej połowie grają trzech na trzech na małe bramki.


Sytuacja na boisku prawie się nie zmieniła. Dalej strzelam bramki. Nie wiem ile jest. Mój bramkarz się nudzi. Zmieniam go i daję na atak. Trener gości jest w jeszcze gorszym stanie. Nie wiem czy dobrze zrobiłem. Krzyczy, że wstyd. Że nas jest mniej. Probuję być dumny z moich. Nie potrafię. Widzę jedynie dziesięcioletnich płaczących chłopaków z drużyny Sparty.


Mecz się kończy. Idę do sędziego. Wynik 12:0, mówi. Uśmiecham się. Wracam do drużyny. Otaczają mnie. Pytają czy mogą zrobić kółeczko. Waham się, ale mówię, że mogą. Obracam się. Trener Sparty idzie do mnie. Zaciskam pięści. Widzi to, ale i tak podchodzi. Przeprasza mnie. Za swoją drużynę. Że są tak słabi. Że moi nawet się nie spocili. Wkurwienie znika. Jest mi wstyd. Po co ci to było, pytam sam siebie. Wyciąga do mnie rękę. Myślę, a weź spierdalaj. Mówię, do następnego. Kiwa głową i odchodzi.


Wracam do swoich. Dziękuję za mecz. Mówię, że byli świetni. Mówią, że ten trener był chory. Był dziwny. Krzyczał na nich. Oni się go bali. Mówią, że bramkarz płakał. Kiwam głową. Każe im zabrać sprzęt pod magazyn. Sam idę do sędziego. Podpisuję się gdzie trzeba. Przybijam mu piątkę i wychodzę. Do budynku klubowego idę otoczony rodzicami drużyny przeciwnej. Pocieszają swoje płaczące dzieci. Mówią o wyniku. Że czasami się przegrywa. Nóż mi się w kieszeni otwiera. Wchodzę do szatni i jeszcze raz dziękuję chłopakom. Zamykam się w pokoju trenerów i czekam, aż wszyscy wyjdą. Biorę torbę z ciuchami. Zostawiam pod drzwiami gospodyń i wsiadam na rower. Włączam Gibbsa. Lecą, Czerwone łzy.


Jadę do domu. Zatrzymuję się pod Żabką. Zostawiam rower przed i wchodzę do środka. Biorę loda i staję przy kasie. Za ekspedientką patrzy na mnie butelka Soplicy. Myślę, że kiedyś było łatwiej. Otwierają się drzwi. Nastolatek. Sąsiad. Ten, co nie dał mi spać. Mówi, dzień dobry. Wypuszczam loda. Zaciskam szczękę. Nóż w kieszeni wbija mi się w udo. Słyszę słowa Dahmera, nie mogłem się powstrzymać. Wychodzę. Wyrzuty sumienia wychodzą za mną. Śledzą mnie.

Komentarze


bottom of page