top of page
  • Zdjęcie autora: Kamil Polka
    Kamil Polka
  • 11 mar
  • 4 minut(y) czytania

Stałem przed szkołą. Pół metra od drzwi wejściowych, na których wisiał plakat. Wyglądał na nim tak potulnie. Zupełnie jakbym patrzył w twarz mojego młodszego brata stojącego na swoich pulchnych nóżkach.


Zdjęcie musiało być zrobione dawno temu. Wojtek już tak nie wyglądał. Miał więcej pryszczy na twarzy. Zmarszczone czoło. Takie, jakie mają starzy faceci. Ci, co to zawsze na coś są wkurzeni.


– Ej, synek, dzwonek już był.


Podskoczyłem i odwróciłem się szybko, gotowy do walki albo ucieczki. Albo do schowania głowy w piasek.


– Tu jestem.


No tak. Pan Zenon, szkolny ochroniarz, siedział schowany w swojej kanciapie. Nawet nie chciało mu się wyjść na zewnątrz.


– Tak, tak. Już idę – powiedziałem i wszedłem do środka.


Minąłem wejście do biura dowodzenia pana Zenona, gdy powiedział, że wszyscy są na auli.


Fuck.


Ruszyłem dalej i szybko zacząłem wbiegać po schodach.

Nie miałem szans.


– Ej! Ej! Gdzie biegniesz? – usłyszałem za plecami.


Gość od informatyki stał przed drzwiami do auli. Zupełnie jak ochroniarz na dyskotece.

Może chciał nim być? Jednak jego losy potoczyły się inaczej. I teraz w SP nr 8 w Rudnikach pilnuje uczniów na swoich lekcjach.


Postawił mnie z tyłu. Między panią z polskiego a panem z historii. Oboje ze skrzyżowanymi na piersi rękami wyglądali jak moi bodyguardzi.


Na scenie stał dyrektor w towarzystwie mamy Wojtka. Zapłakanej kobiety ściskającej w rękach plakaty. Makijaż jej się rozmazał i z daleka wyglądała jak klaun. Dyrektor niezręcznie kręcił się obok.


Apel trwał jeszcze pięć minut. Milion razy powtarzano, że każda informacja jest cenna. Że każda jest na wagę złota. Czyjś głos ze środka sali zapytał, czy wyznaczono nagrodę. Ktoś inny się zaśmiał.


Tego dnia w szkole nie mówiono o niczym innym. Każdy miał swoją teorię. Namnożyło ich się tyle, że szkoda gadać. Podobno to ojciec skatował Wojtka tak, że ten już nigdy do nas nie wróci. Albo, że wyjechał do ciotki do Niemiec. Ktoś inny powiedział, że przedawkował alkohol.

Pytano mnie, czy to prawda. Mówiłem, że nie wiem.


Dostałem uwagę za rozmawianie na lekcji. Krzysiek nie dawał mi spokoju. Twierdził, że na pewno coś wiem, tylko kryję Wojtka. Że na sto procent ukrywa się przed ojcem sadystą, a ja dostarczam mu jedzenie na jakąś melinę. Kiedy w końcu odpowiedziałem, że takich bredni w życiu nie słyszałem, odwróciła się pani od matematyki.


– Tymek!


– To nie ja! – powiedziałem.


Nic to nie zmieniło.


Wracałem do domu sam. Jadłem kanapkę, o której zapomniałem, a którą zawsze miałem dla Wojtka. Słońce ładnie przygrzewało. Wiatru prawie nie było.


Wszedłem do domu i poszedłem do swojego pokoju.


– Mamo, jestem!


– Dostałeś uwagę?


– To nie moja wina!


Machnęła ręką. Odkąd w domu pojawił się mój brat, więcej uchodzi mi płazem.


Powiesiłem plecak na fotelu. Wziąłem torbę sportową ze sprzętem, który już wczoraj spakowałem. Sprawdziłem jeszcze raz. Nie takie rzeczy się zdarzają. Kiedyś Wojtek zapomniał zabrać korki i grał wtedy w moich.


Buty, ochraniacze, ręcznik, opaska kapitana, rękawice bramkarskie. Mam wszystko.


Poszedłem do kuchni. Wziąłem banana i bidon. Schowałem je do torby i już miałem wychodzić.


– Mamo! Wychodzę!


– Czekaj! Czekaj! – usłyszałem.


Ubrana była jak bezdomna. Włosy rozczochrane. Paznokcie poobgryzane. Szlafrok luźno wiszący odsłaniał ciało, którego wcale nie starała się zakryć. Na rękach bujał się Oskar.


Płakał.


Jak dziś rano.

Jak wczoraj cały dzień.

Jak właściwie cały czas.


– Dzwoniła mama Wojtka. Pytała, czy nie przypominasz sobie czegoś.


Wzruszyłem ramionami i powiedziałem, że jeśli coś mi przyjdzie do głowy, to powiem.


Pokiwała głową i życzyła mi udanego meczu.


Znowu szedłem obok szkoły. Widziałem niektórych moich kolegów z klasy z plecakami. Jeszcze nie wrócili do domu.


– Ej, Tymek! Przecież jeszcze kawał czasu do meczu! – krzyknął Igor.


– Potrenuję strzały – powiedziałem.


– Na ławce ci się nie przydadzą!


Ich śmiech słyszałem jeszcze sto metrów dalej.


Gdyby szedł ze mną Wojtek, nie odważyliby się tak do mnie odezwać. Zaraz by przybiegli. Dali żółwika. Wchodziliby do dupy.


Doszedłem na boisko. Było puste. Nie licząc gospodarza.


Obserwowałem, jak chodzi od zraszacza do zraszacza. Przestawia je w suche miejsca, żeby trawa była zawsze zielona i miękka. Widziałem, jak wyciąga z kieszeni koszuli ćwiartkę. Nie krył się z tym wcale.


Przyszedł i otworzył mi szatnię. Przebrałem się i wziąłem od niego piłkę. Powiedział, że jestem bardzo ambitny. Ucieszyłem się i uciekłem na boisko.


Strzelałem na pustą bramkę. Celowałem w poprzeczkę. Średnio mi szło. A właściwie to wcale nie. Szło tak fatalnie, że przez chwilę chciałem iść się przebrać i już tu nie wracać.


Przyjechał jednak trener i zmieniłem zdanie. Tego dnia w końcu mogę zagrać. Na ataku. Tam, gdzie chcę najbardziej.


Zaraz za trenerem pojawili się moi koledzy z drużyny. Szybko ich policzyłem i okazało się, że jest nas na styk. Czyli idealnie siedmiu. Czyli tylu, ilu gra w meczu.


Czyli zagram!


Siedzieliśmy w szatni. Drużyna przeciwna w szatni obok. Słyszeliśmy ich wrzeszczącego trenera. Przeklinał i mówił, że wygrana, albo pieszo wracają do domu.


Wszyscy byliśmy już przebrani. Zaraz wejdzie nasz trener i podamy mu numery na koszulkach. Ja wziąłem dziesiątkę – tę, w której zawsze gra Wojtek.


– Chcesz łyka? Będziesz zapieprzać jak dziki! – zapytał Kacper, wyciągając w moją stronę wielką puszkę energetyka.


– Nie, dzięki.


– Dawaj to! Zaraz trener przyjdzie, opierdoli nas i wyleje to do kibla! – powiedział Maciek, wyrywając puszkę.


Niezłe miał wyczucie czasu, bo za chwilę wszedł trener.


W towarzystwie chłopaka z młodszej klasy.


Było już prawie ciemno, gdy napisałem mamie, że już wracam, ale i tak nie dostałem żadnej odpowiedzi.

Cały mecz siedziałem na ławce. Tomek strzelił trzy bramki, a ja chyba już nigdy nie zagram.


Będę wiecznym rezerwowym.

Do końca, kurde, życia.


Miałem ochotę wyrzucić buty i ochraniacze w krzaki. W wysokie pokrzywy, żebym przypadkiem nie chciał po nie wchodzić. Żeby tam skisły. Zgniły. Żeby zjadły je robale.


Ściskałem dłonie tak mocno, że aż zsiniały.


Moja opaska gra więcej ode mnie, bo nikt nie wziął i musiałem pożyczyć swoją Igorowi.


Wszedłem do domu.


W przedpokoju na szafce leżała odznaka taty. On siedział w salonie przed telewizorem z talerzem spaghetti w ręku. Oglądał mecz. Mama siedziała przy stole z herbatą przed nosem i oczami jak ten talerz.


Oskar spał. Chyba pierwszy raz odkąd dwa tygodnie temu pojawił się w naszym życiu.


Nikt nie zwrócił na mnie uwagi.


Poszedłem do swojego pokoju.

Wsunąłem torbę pod łóżko.

Wróciłem do salonu.


– Chyba wiem, co się stało z Wojtkiem – powiedziałem.

Komentarze


bottom of page