top of page
  • Zdjęcie autora: Kamil Polka
    Kamil Polka
  • 21 kwi
  • 4 minut(y) czytania

Przez pięć lat stałem z boku jako trener. Zaraz za linią. Podżegałem dzieci do walki. Ale nie za bardzo. Bo wiadomo. Presja.

Musiałem zachowywać twarz profesjonalisty. Twarz trenera, który nie po to ukończył kursy, żeby zachowywać się jak plutonowy w wojsku.

Bo ludzie patrzą.

Rodzice.

Z trybun.

Oceniają mnie.

Dwie panie, które w życiu na wuefie nie dostały nawet 4, twierdzą, że chujowy ze mnie trener.  Bo na turnieju siedmiolatków źle ustawiłem zawodników na boisku. Jest chaos. Wszyscy biegają za piłką. Nie rozumieją, że muszę się pokazywać do grania.

Dobrze, że miałem swoich ludzi na trybunach. Tajniaków. Wtyczki. Swoich sędziów VAR.


Jako trener nauczyłem się pewnych rzeczy, które przydają mi się w życiu codziennym. Gdy w autobusie drze mi się ktoś koło ucha, jestem spokojny. Spokojny jestem nawet, gdy moja żona twierdzi, że dziś meczu nie oglądam. Że dziś, akurat o 21 muszę umyć podłogi, okna, ściany pomalować, wyrzucić śmieci i jechać na myjnię. Tę, do której mamy 15 kilometrów. Bo myje najlepiej.

Jak na tych treningach z dziećmi na hali, gdy rodziców musiałem wyganiać z widowni, bo byli głośniejsi od włoskich trenerów. Taki jestem spokojny.


Teraz jednak ten mój spokój gdzieś uleciał. Zniknął, jak radość z twarzy Lewandowskiego po tym, gdy powiedzieli mu, że złotą piłkę dostanie po czyimś trupie.

Mam tyle lat, że pamiętam, jak mówiono, że najlepszym polskim piłkarzem w historii jest Boniek. Jak mówiono, że długo takiego nie będzie. Ktoś tak mówił na pewno. Tyle mam lat. I tyle widziałem. Ale tego, co widzę teraz to chyba jeszcze nigdy.


Mojej żonie próbuję czasami wytłumaczyć, czym jest VAR. Nie dlatego, że ona się mnie pyta. Nawet nie dlatego, że nie rozumie, że nie wie, a bardzo chciałaby wiedzieć. Po prostu chcę zabłyszczeć. Pokazać, że jednak na czymś się znam. I ja jej to tłumaczę. A ona jest pod wrażeniem. Mówi, że na tej piłce to ja się znam jak nikt. Że chyba powinienem być trenerem. Mówię, że przecież byłem. Że dla niej to rzuciłem. Ona mówi: aha, no tak.


No i tłumaczyłem jej. Przed meczem Girony z Barceloną w lidze hiszpańskiej. A po nim musiałem powiedzieć, że chyba jednak tak to nie działa. Że się myliłem. Albo w tej Hiszpanii to mają jakiś chiński. Pewnie też zamawiają z AliExpress. Bez instrukcji obsługi. I nikt nic nie wie. Ona nie rozumie. Pyta mnie, to na co oni wydają te miliony od Arabów za Superpuchar. Jestem pod wrażeniem. Zapamiętała. Ale nie umiem odpowiedzieć. Może to jest jak z tymi polskimi drogami. Biorą kasę. Kupują najtańszy towar. I łatają dziury jak ja klejem wazon.


No i przychodzi kolejny wtorek. Mówię jej, że dziś Liga Mistrzów. Tam jest inaczej. To jest poważna sprawa. Poważna piłka. Z kapelusza wyciągam mądrość, że tam nawet hiszpańscy sędziowie są świetni. Kochanie, tam są zajebiści, mówię. Po czym przepraszam za język.

A później oglądam. I myślę, że ten Mourinho jakby trenował ze mną te dzieci, to czerwonej kartki by nie dostał. Wiedziałby, że musi milczeć. Patrzeć jak sędziowie nie potrafią poprowadzić meczu. Dać im robić swoje. Czyli w zasadzie, nie wiem co. Ja już nawet zauważyłem, że ci zawodnicy na tych meczach to jakoś mniej żwawo do sędziego skaczą. Oni też mają tego dość. Pewnie oni najbardziej.

I ja się tak zastanawiam. Jak ja bym się czuł.

Gdybym tak poszedł do roboty. Osiem godzin zbierał towar na magazynie. Biegał czym szybciej. Czym prędzej. Bo mi ktoś zabierze. Bo weźmie ostatnią sztukę z półki. I ja będę musiał czekać. Stać w miejscu i patrzeć w puste miejsce w którym, mam nadzieję, zaraz pojawi się skrzynką z masłem, ze smalcem, czy innym kefirem. I tak będę biegał. Od półki do półki. Od regału do regału. Spocony. Obolały. Ostre jak Hajto na wizji sztylety będą mi się wbijać w plecy. Ale jeszcze przyspieszam. Kierownik mnie mija i się pyta, czy wszystko okej. Ja mówię, że pewnie i uciekam, bo czas goni. Bo jogurty czekają. Bo baterię w wózku trzeba wymienić.

I wybija koniec.

A ja idę do biura. I pytam kierownika, ile miałem pozycji zebranych dzisiaj. Bo mi zależy na wypłacie, kierownik. Bo święta idą. Bo urodziny moja ma. Bo teściowej biodro trzeba kupić. I ten kierownik mówi. Kurde, Kamil, jakiś błąd był. Coś nie policzyło. Coś nie zadziałało. Dzisiejszy dzień jest za zero. Nul. Nic. Cero.

No i jak by to było? Czy ja mam wtedy z podkulonym ogonem wyjść i iść do domu. Powiedzieć żonie, że na walentynki usiądziemy na balkonie z miłością trzymając się za ręce?

Czy ktoś myśli w ten sposób? Bo przecież jak na dłoni widać, że piłka to dziś praca jest dla większości. Mnóstwo wyrzeczeń. Litry potu. Pewnie nie jeden rzygał w okresie przygotowawczym.

I tu później wszystko zależy od tego VARu całego. Tego, który miał pomagać, a tylko szkodzi. Zawodnikom w pierwszej kolejności. Trenerem w drugiej. Nam przed telewizorami na końcu. Ale to nie my ciężko pracujemy na treningach, żeby później dźwigać puchary. To oni. Ci zawodnicy. Może powinni założyć jakiś związek piłkarzy do walki z niesprawiedliwością VARowską. Ja sam nie wiem. Tak tylko rzucam. Bo chciałbym, skoro już wyprosiłem żonę, obejrzeć mecz, w którym na końcu będę mógł powiedzieć: taką piłkę chcę oglądać.

Na koniec nie wiem, co napisać.

Może tylko tyle, że ja wolałem, jak błąd popełniał sędzia na boisku i było wszystko wiadomo. A teraz? Kto to w zasadzie tam jest za to odpowiedzialny? Może siedzi jakiś Don Tomassino i mówi, gdzie ma zadziałać, a gdzie nie.

I tak to działa. Tak się kręci.


Kamil Polka.

Komentarze


bottom of page